Trzecia Lina

prosty blog o polskim wrestlingu

Legacy of Wrestling vol. 3 [RECENZJA] – Tauron Arena, Kraków (11.07.25 r.)

Na trzecią galę ze strony Legacy of Wrestling nie przyszło nam długo czekać. „Trójka” została zapowiedziana już w czasie poprzedniego show i, co ciekawe, oznaczała ona specjalną edycję wrestlingowych zmagań zorganizowaną na krakowskim Ryuconie. Jak więc wypada ta wyjątkowa odsłona LoW na tle „tradycyjnych” gal? Czy po domknięciu pierwszej trylogii eventów Legacy wciąż wydaje się interesującym projektem na polskiej scenie wrestlingu?

Tak jest, konwent anime równa się recenzja ze wstawkami prosto z anime

Pomysł na promocję wrestlingu w takim miejscu nie jest niczym nowym. Od 2022 roku KPW z powodzeniem zapełnia halę MTP w trakcie poznańskiego Pyrkonu, promując wrestling wśród entuzjastów fantastyki i popkultury. Równolegle, od 2022 do 2024 roku PTW organizowało swoje widowisko właśnie na Ryuconie – dokładnie tym samym Ryuconie, który tym razem ugościł dla odmiany show Legacy of Wrestling. Uczestnicy konwentów mają w Polsce zatem rozmaite okazje na pierwszy kontakt ze zjawiskiem wrestlingu. I vice versa, fani wrestlingu mogą zobaczyć interesujące show zwiedzając przy tym liczne pozostałe atrakcje konwentu.

Idąc tym tokiem myślenia: wszyscy wygrywają. Zarówno konwent oferujący o jedną atrakcję więcej, jak i federacja docierająca do nowych odbiorców. Wygrywają też naturalnie fani. Dla mnie taką „wygraną” jest obejrzenie pierwszej gali Legacy of Wrestling z titantronem. Wspaniale widzieć ponownie TITANTRON (kto ogląda KPW, ten wie), który naprawdę stanowi fantastyczną ozdobę każdego, ale to każdego wydarzenia związanego z wrestlingiem.

Słyszę muzykę wrestlera, a następnie widzę wielkie nazwisko na ekranie i na tym etapie jestem znacznie bardziej nahypowany na widok wchodzącego dowolnego zawodnika, niż w przypadku skromniejszych wyjść zza czarnej kotary do samej muzyki z aplauzem w tle. Tak to powinno wyglądać, więc wspaniale, że Ryucon stanowił okazję do zrealizowania tego pomysłu. Oczywiście tak jak niegdyś pisałem – obecność titantrona lub jej brak to kwestia stricte finansowa i trzeba patrzeć realistycznie, a zatem zgodnie z frekwencją i popytem na polski wrestling. Dlatego kiedy już ten titantron udaje się gdzieś skołować, trzeba się najzwyczajniej w świecie cieszyć.

Wiemy zatem, że oprawa Legacy of Wrestling nabrała dodatkowego blasku. Nie musiała nabierać go natomiast transmisja na Extreme, bo tę oglądało się tak jak zwykle, czyli świetnie. Wyraźny, merytoryczny komentarz, a do tego zero trzasków na głośnikach, brak przesterów na mikrofonie oraz wyrównany poziom głośności mikrofonów, muzyki i komentatorów (!) – w dwóch słowach: pełna profeska. Jednocześnie warto docenić trud dźwiękowca wycinającego wszystkie wulgarniejsze chanty z chirurgiczną precyzją na potrzeby telewizyjne.

Z minusów to trochę szkoda, że gala wypadła w piątek. Narzekania na daty i lokalizacje w przypadku Legacy są jednak tradycją na tym blogu, więc nie będę się znowu powtarzał z identycznym zestawem argumentów tudzież wniosków. Wydaje mi się, że w sobotę udało by się zgromadzić większą widownię (tłumne, sobotnie show KPW na Pyrkonie wyglądało kapitalnie), ale oczekiwania to jedno, a rzeczywistość zgrywania wszystkich terminów, zmiennych, a także grafików wszystkich zaangażowanych to drugie.

Na zakończenie kilka słów o prowadzącym – p.o. prezesa Wiktor ewidentnie zostawił postać Longmana już dawno za sobą, na co wskazywałoby zresztą promo wygłoszone wcześniej na LoW #2. W roli prezentera niezmiennie jest mu do twarzy – poprawcie mnie jeśli się mylę, ale nikt inny w Polsce nie potrafi tak sprzedać widowni klimatyzatorów i pomp ciepła, jak robi to aktualny gospodarz Legacy of Wrestling. Zastanawia mnie jednak czasem to zawieszenie wrestlingowych butów – czy tak już zostanie? Niemniej jednak, mamy teraz w Legacy polskiego Nicka Aldisa, tj. zawodnika utytułowanego i odkładającego dość wcześnie karierę wrestlerską na bok, aby skupić się na roli bardziej producenckiej. Pozostaje więc życzyć samych sukcesów w tym nowym wydaniu!

Przystawka za nami, czas na kartę dań walk!

KARTA

road to the title match
David Oliwa d. Zétény
POV: czekasz aż się rozkręci, a zamiast tego widzisz przypięcie do trzech

Mecz do jednej, węgierskiej bramki. Zétény zaliczył w tym starciu drętwy początek, z którego za późno się wygrzebał. A kiedy już się wygrzebał i odbudował jakieś zainteresowanie wykonując crossbody, to wyszło mu ono… kiepsko. Coś tu po prostu nie grało. Walkę przyćmił Dawid Oliwa, ze strony którego pochodziła miażdżąca większość interesującej akcji w ringu. Mam wrażenie, że nie było w tym zestawieniu chemii. Z perspektywy widza zauważalna była po prostu przepaść w warsztacie wrestlerskim. Najsłabsza walka tej gali, szkoda.

road to the title match
Max Speed d. Marco Hammers (DQ)
POV: Max Speed odchodzi z PTW, Ryucon jest za tydzień, a ty zaczynasz łączyć kropki

Największa sensacja tego wieczoru – Max Speed jest w Legacy of Wrestling! Można się było tego trochę spodziewać, ale szukanie dziury w całym na bok, bo mówimy przecież o fantastycznej nowinie. Historia zatoczyła więc poniekąd koło dla Maxa, który na zeszłorocznym Ryuconie podpisywał kontrakt w PTW, a na tegorocznej edycji odhaczył kolejny ważny przystanek w swojej karierze.

Walka, oprócz tego że solidna, była także ciekawie podbudowana. W końcu w przeciwnym narożniku stanął nie kto inny jak sam Marco Hammers, domagający się zresztą ostatnio wokalnie title shota w social mediach. Z pomocą przyszedł p.o. prezesa Wiktor gwarantujący mu zarówno title shot, jak i godnego przeciwnika. I tym właśnie okazał się być Max Speed dla Marco Hammersa – obie strony tego starcia wypadły interesująco, dynamicznie i po prostu kompetentnie, a miejscami wprost widowiskowo (wyśmienity sliced bread!). Przyjemnie się to oglądało i miło widzieć Maxa w Legacy. Pisząc zwięźlej: dobra robota!

MZW Championship triple threat match
Matt Buckna d. Yaqoob, Erik Slotir /w Arek Paterek

Znacie KPW? Taka federacja wrestlingu, co istnieje już parę lat (z przestojem na czas pandemii). Ta, co oprócz tradycyjnych eventów organizuje co roku specjalną galę na konwencie fantastyki. Mowa oczywiście o Kingdom Pro Wrestling w Bahrajnie, w którym występował Yaqoob (badum tss). Otrzymaliśmy zatem talent prosto z Bahrajnu, rzucający wyzwanie czeskiemu przedstawicielowi Biura Prasowego Arka Paterka. Nie lada niespodzianka i trzeba przyznać, że Legacy wzięło sobie do serca współpracę z „KPW” – bo najwyraźniej chodzi tu o wszystkie federacje na świecie z tym akronimem.

Na tym nie kończą się jeszcze asy w rękawie, bo Erik Slotir dostał nie jednego, lecz dwóch adwersarzy. A drugim okazał się być sam Matt Buckna, gratisowo dorzucający pas MZW na szalę w tej walce! I pomimo że obecność tego pasa paradoksalnie dla mnie przeceniła wartość tego pojedynku (wynik stał się momentalnie przewidywalny), trzeba przyznać że zarząd Legacy zaszalał z niespodziankami. Czapki z głów!

Wchodzi więc Bahrajńczyk, Czech i Niemiec do ringu… a my otrzymujemy z tego egzotycznego połączenia naprawdę ciekawe starcie! Chociaż Matt Buckna naturalnie zdominował rywali bolesnymi big bootami, jednocześnie potwierdzając swój tytuł mistrza MZW, ani Erik Slotir ani Yaqoob nie zostali przez niego przyćmieni (finisher Erika wyglądał spektakularnie i boleśnie zarazem). Zdecydowanie jeden z highlightów całego show.

Ryucon Street Fight
Disco Pablo d. Taras

Kiedy Greg mierzył się z Erykiem Lesakiem podczas KPW Arena 28, odnosiłem wrażenie że heavyweight zestawiony z heavyweightem to połączenie zbyt ociężałe jak na wrestling. I ta myśl przypomniała mi się w trakcie wyczekiwanego rozstrzygnięcia sporu pomiędzy Disco Pablo, a Tarasem, ponieważ całość wyszła po prostu zbyt wolno. To absolutnie żaden skill issue – Disco Pablo bywał w ostatnim czasie naprawdę elektryzujący dla publiki MZW (zarówno w czerwcu, jak i w marcu), ale tym razem zabrakło mu w ringu do pary kogoś zwinniejszego i szybszego, jako przeciwwagi.

Zamiast tego zobaczyliśmy trochę rzutów na matę na zmianę z wykorzystaniem broni bardzo gimmickowych, takich jak klocki dla dzieci czy też stary motyw muzyczny Tarasa na Spotify oprawiony w ramce. Arsenał ten nie do końca podbił atrakcyjność całego widowiska i zwyczajnie zabrakło trochę więcej bardziej typowych rekwizytów (chociaż przewinął się stół i krzesło). Na plus fajny spot z wymianą „serdeczności” pośród widowni i przede wszystkim finisz, w którym Boro ostatecznie sprzymierzył się z Disco Pablo, aby w duecie zaserwować definitywny finisher na Tarasie zamykający tę rywalizację.

Widzowie na widok wrestlera zmierzającego w ich stronę z dużą prędkością

Chciałbym już wreszcie zobaczyć pełen reunion Paki (świetnie znowu widzieć Bora – nawet jeśli tylko w roli sędziego). Wówczas dostajemy dwóch weteranów ringowych zapakowanych w zgrany team. A dokładnie tego teraz potrzeba, w czasach gdy Legia Łysych tak mocno zdominowała scenę tag teamową. W sumie przy tak obszernym rosterze Legacy of Wrestling, może warto pomyśleć o pasie tag teamowym? Nie zabrakłoby ani znanych duetów (Bracia Fux, Legia Łysych, Paka, Goblis), ani nowych kombinacji pomiędzy rosterami MZW, KPW i PpW. Tak tylko głośno myślę.

A, i na marginesie jako entuzjasta w miarę wspólnego kanonu wydarzeń pomiędzy federacjami doceniam jak przez cały feud Disco Pablo z Tarasem, to co oglądaliśmy na MZW w jakiś sposób uzupełniało kanon z Legacy of Wrestling, ale nie było potrzebne aby nadążyć za tym storylinem. Zgrabnie pomyślane – tak to się robi.

Road to the title triple threat match
Gabriel Queen d. Oskar Alexander, Filip Fux

Ciekawostka, Gabriel Queen przyszedł tym razem w roli face’a! I fajnie się składa, bo w tej roli mu aktualnie do twarzy. Fantastycznie było widzieć, jak Gabriel mógł zemścić się na Oskarze Alexandrze solidną dawką przemocy za wydarzenia z Ledwo Legalne 5. A pomiędzy tą dwójką mamy tu jeszcze Filipa Fuxa, który ani myślał ustępować komukolwiek kroku w tym starciu. I całość wyszła naprawdę fajnie – od pojedynczych akcji (okrutny powerbomb Oskara Alexandra!) przez wzajemną koordynację i podtrzymanie dobrego tempa, na wyśmienitym finiszu kończąc. Od tego są triple threaty, aby trójka zawodników szła łeb w łeb i cios w cios (zamiast leniwych pojedynków jeden na jeden i regularnego wykluczenia trzeciego wrestlera „konającego” poza ringiem) – i mamy tu doskonały przykład tego, jak to wyglądać. Klasa.

Axel Fox d. Dieter Schwartz

Różnica w mobilności między Axelem Foxem a Dieterem Schwartzem była na korzyść polskiego zawodnika

Świetnie się ogląda Axela Foxa. Po prostu z kilometra widać polot, lekkość i błyskotliwość przekuwane w istny spektakl dla widza. Rzucony na pożarcie Polskiemu Lisowi Dieter Schwartz także zaprezentował się o niebo lepiej niż na marcowym MZW Forever. Ot, solidny heelowy performance, a wraz z nim parę porządnych suplexów. I chociaż odnosiło się wrażenie, jakoby tempo zwolniło kiedy tylko Dieter obejmował inicjatywę – ewidentnie brak tej lisiej zwinności, ale nic nie szkodzi. Fajny singles match z podręcznikowym crossbody w wykonaniu Axela Foxa na dobranoc. I prawidłowo.

3 vs 3 tag team match
Olgierd, Chemik & Gustav Gryffin d. Syriusz Dziedzic, Sambor & Bartosz Plata

Są takie rzeczy w kartach walk gal Legacy of Wrestling, które się filozofom nie śniły. Czymś takim jest właśnie team-up Olgierda, Chemika i Gustava Gryffina, czyli właściwie trzech topowych heelów w Polsce – ten booking to czysty fan service. Pomimo że moim skromnym zdaniem taki team złoli był po prostu skazany na wygraną, jego face’owa przeciwwaga to także szalenie ciekawa mieszanka. Niesamowicie cieszy widok Syriusza, Sambora i oczywiście Bartosza Platy w main evencie – to nie tylko zasłużone wyróżnienie dla każdego z tych wrestlerów, lecz także wyjątkowa okazja aby zabłysnąć bardziej niż zwykle. I czy to się właśnie udało?

Właściwie to tak. Syriusz spędził naprawdę sporo czasu w ringu (a przede wszystkim nieporównywalnie więcej niż na czerwcowym MZW Green Madness) i sprzedał rywalom kilka treściwych drop kicków. Sambor zaś pod koniec tej walki zaliczył istne wejście smoka i skradł swoje pięć minut, w którym nie zabrakło oczywiście popisowego „Szczerbca”. Bartosz Plata natomiast udowodnił, że istnieje w świecie polskiego wrestlingu ktoś, kto jest w stanie nie tylko zmierzyć się z bolesnymi chopami przeciwnika, lecz także solidnie je skontrować.

Wracając zaś do heelów, nie da się tak naprawdę złego słowa napisać. Wszystko super albo wprost świetnie. Wyróżniłbym tutaj może groźnie wyglądający big boot ze strony Olgierda (Matt Buckna został na chwilę zdetronizowany w roli mistrza big bootów), ale tak naprawdę obserwowaliśmy równy i solidny występ. Jak widać we współpracy łysych wrestlerów tkwi nieograniczony potencjał – strach pomyśleć co Legia zdziałałaby razem z Chemikiem (brakuje tu tylko chwytliwej nazwy).

Koncówka to już wrestlingowe crème de la crème – prawdziwa eksplozja wymiennej akcji ze strony całej szóstki. I tym samym main event LoW #3 niewątpliwie zostaje najlepszą walką tego wieczoru – czyli wszystko na swoim miejscu.

SEGMENT: Teaser LoW #4

Na zakończenie obserwowaliśmy pretendentów do pasa mistrzowskiego wbiegających do ringu wymieniających się uprzejmościami zarówno słownymi, jak i fizycznymi. Wyszło całkiem fajnie, lecz do pełni szczęścia zabrakło nazw wchodzących wrestlerów na titantronie. Tak czy owak, mamy już potwierdzenie: na następnej edycji wyłoniony zostanie pierwszy mistrz Legacy of Wrestling – i to jest mocna zapowiedź na przyszłość!

Podsumowanie

Nieco sceptycznie podchodziłem do trzeciej iteracji Legacy of Wrestling. Karta na papierze jakoś mnie nie porwała (po obejrzeniu show zupełnie nie wiem czemu, ale po prostu się myliłem) i ostatecznie uznałem, że wystarczy mi nadrobienie transmisji. A teraz mogę tak naprawdę ukoronować LoW #3 jako najlepsze wydarzenie zaserwowane nam do tej pory przez tę federację.

Oprócz najlepszej oprawy (titantron!), otrzymaliśmy przede wszystkim najmocniejszy zestaw walk do tej pory – z wyjątkiem jednej klapy i jednego średniaka, wszystko oglądało się znakomicie.

Tym samym pozostaje tylko czekać na przełomowe Legacy of Wrestling #4 (jakkolwiek będzie się oficjalnie nazywać) – nareszcie zobaczymy nowy, wielce potrzebny pas mistrzowski na naszym polskim podwórku. I to jest coś, na co warto czekać!