Trzecia Lina

prosty blog o polskim wrestlingu

KPW Arena 27: Nowe Porządki [RELACJA] – Nowy Harem, Gdynia (24.01.25 r.)

Czego można się spodziewać po standardowym cyklicznym show w wykonaniu Kombat Pro Wrestling? I jednocześnie, jak niestandardowe okazało się to pierwsze widowisko pod wodzą Rosettiego, który objął obowiązki prezesa pod nieobecność Krystiana Malinowskiego? Czy rzeczywiście zapanowały tytułowe Nowe Porządki?

Wrestling z Pomorza

KPW nie jest nową organizacją. Wręcz przeciwnie, w listopadzie minie 10 lat (!) od pierwszego wydarzenia pod ich szyldem, a sztandarowe KPW: Arena odbywają się już niemal od 8 lat. Dlatego też nie ma się co rozwodzić tyle, co nad nową federacją o tym jak dokładnie może się ona wpasować w krajobraz naszej sceny wrestlingowej, ani o tym jak może dopracować swoją formułę w celu przyciągnięcia jeszcze większej widowni.

Natomiast piszę tu o galach KPW pierwszy raz i dlatego przybliżę najpierw jednorazowo jak one właściwie wyglądają zanim pogadamy o zaprezentowanych ostatnio walkach oraz segmentach. Po pierwsze, stałą miejscówką KPW jest aktualnie Klub Nowy Harem w Gdyni i trzeba od razu przyznać, że jest to fantastycznie dobrana lokalizacja. Kto ma porównanie z innymi miejscówkami pozostałych federacji, ten może pamiętać jak plecy wytrzymują siedzenie na typowym czarnym, składanym krzesełku przez kilka godzin (choćby na dawnych eventach PTW przed wyprowadzką do Kozłowa) albo stanie wokół ringu bez sensownych miejsc siedzących, z których cokolwiek widać (PpW: Co za Nooooc). O ile brak miejsc siedzących ma czasem sens – właśnie w przypadku warszawskiego Ewenementu (atmosfera jak w Fight Club z gęsto rozmieszczoną publiką uderzającą roszczeniowo rękoma w ring w czasie walki jak najbardziej pasuje do ich produktu), o tyle jestem zwolennikiem opcji miejsca siedzącego, z którego coś widać nie tylko z perspektywy kogoś, kto ma marudne plecy, ale także z perspektywy niepełnosprawnych, dla których takie miejsce ma szczególne znaczenie. Na KPW nie dość, że można usiąść (i miejsca są właściwie wyłącznie siedzące), to w dodatku bardzo wygodnie na miękkim siedzisku z równie miękkim oparciem. Jakby tego było mało, w klubie znajduje się piętro, które KPW wykorzystuje idealnie do sprzedaży dodatkowych miejsc siedzących nad ringiem z doskonałą widocznością.

Na tym zalety dopiero się rozpoczynają, a najważniejszą z nich stanowi to, jak profesjonalnie i widowiskowo prezentują się gale z cyklu KPW: Arena. Rozmiar klubu nadaje się idealnie do formuły dwugodzinnego show (chociaż opisywana gala się wyprzedała, co jeśli będzie się powtarzać może wiązać się z częstszą organizacją gal dla zaspokojenia podaży albo przeprowadzką – ale oczywiście są to bardzo przyjemne problemy dla federacji chcącej się przecież rozwijać). Największą zaletą jednak nadal nie jest tu ani rozmiar miejscówki, ani przemyślane rozmieszczenie widowni, a TITANTRON. To tak istotne, że musi zostać napisane wielkimi literami, bo moim zdaniem to coś, co winduje jakość produkcyjną dowolnej gali o jeden poziom wyżej i powinno być absolutnym celem każdej federacji chcącej zrobić mocne wrażenie tym, co ma do pokazania u siebie.

Na KPW: Arena zawodnik wchodzi do ringu nie zza czarnej zasłony wokół rozentuzjazmowanego tłumu, lecz w otoczeniu wielkich ekranów prezentujących nazwę wrestlera oraz migawki z jego udziałem, ogółem stanowiące pasujące tło do wejścia i zademonstrowania wizerunku wchodzącego talentu. Takiej jakości produkcyjnej życzyłbym sobie i wszystkim fanom także poza KPW, ale najpewniej musimy poczekać aż stabilnie rosnące zainteresowanie naszym polskim wrestlingiem doprowadzi nas i budżety naszych organizacji do tego momentu, że będzie to wreszcie pospolity standard.

Kończąc ocenę wszystkiego, co niezwiązane z kartą tego wieczoru, docenić należy też stanowisko z merchem (bardzo fajny asortyment bez cen z kosmosu, co zapewnia zarówno zysk, jak i reklamę np. w formie koszulek), wraz z obecnym barem (brak większych, ciepłych przekąsek, choć mówimy o właściwie krótkiej gali, więc to nie aż taki problem). Największy minus gdyńskiego Nowego Haremu, jakiego mogę się dopatrzyć, to dość nisko zawieszone nad ringiem oświetleniem (co wpływa na garbiących się niekiedy wrestlerów skaczących z trzeciej liny tak, aby o nic nie zahaczyć) i mała ilość miejsca wokół samego ringu dla walczących, ale są to naprawdę drobnostki na tle licznych opisanych zalet.

Większą niedogodność dla mnie i innych osób zainteresowanych KPW spoza Gdyni stanowiła piątkowa data, uniemożliwiająca przyjazd w dniu wydarzenia po pracy dla osób spoza okolic Trójmiasta. Niestety piątki są stałą porą dla wydarzeń KPW: Arena i nie zapowiada się, aby miało się w tym temacie coś zmienić – priorytetem siłą rzeczy musi pozostać zatem lokalna widownia.

Minionej gali nie znajdziecie aktualnie na YouTube, ale możecie oczekiwać jej transmisji na Extreme Sports Channel, a dla potrzebujących pilnie rzetelnego streszczenia, niezmiennie polecam wspaniałe Teczki Polskiego Wrestlingu (tutaj: https://tpwres.pl/e/kpw/2025-01-24-kpw-arena-27/).

KARTA

SEGMENT: Powitalne ogłoszenia Rosettiego

Całe widowisko zaczęło się oczywiście od włodarza federacji, którym jest aktualnie Rosetti. Krystian Malinowski został zaatakowany przez nieznanego napastnika na poprzedniej gali, skąd mamy aktualnie do czynienia z tytułowymi Nowymi Porządkami w obrębie KPW. Nie było więc zaskoczeniem, że nowy prezes zacznie od ogłoszenia kilku nowości, które nie tylko okazały się całkiem interesujące, lecz także zaskarbiły sobie głośną reakcję (głównie oburzenie) publiczności. Innymi słowy, Rosetti szybko i sprawnie zdobył naprawdę spory heat, co równocześnie rozgrzało publikę poprzez manifestację swojego niezadowolenia.

Pośród wspomnianych nowości prosto od Rosettiego, znalazł się zakaz używania ognia dla Zefira podczas jego wejścia na ring, co naturalnie nie wzbudziło niczyjego entuzjazmu. Ponadto, dotychczasowy sędzia Krystian Czekaj został mianowany sędzią technicznym, a w jego miejsce wskoczył… a Kinga Miotke, co z kolei bardzo spodobało się zgromadzonej widowni. Jej obowiązki konferansjerskie przejął zaś długo niewidziany i powracający Piotr Opolski.

W tym miejscu należy wyróżnić nową sędzię KPW, która zdecydowanie odnalazła się w swoim nowym zadaniu. Sędziowanie pełne powagi (pozostawanie „w roli”) pomagało w budowaniu atmosfery podczas ringowych konfliktów i nie brakowało w nim również szorstkiego traktowania zawodników, poszukujących często nieuczciwej drogi do zwycięstwa – jak na wrestling przystało. Na plus dorzucam także profesjonalne podejście sędzi do niektórych okrzyków ze strony części publiki, które były lekko nie na miejscu, czemu dawała także wyraz pozostała część widowni w swoich kontrujących chantach.

Eryk Lesak def. Leon Lato

Na pierwszy ogień w karcie poszła dwójka zawodników wyeliminowanych całkiem niedawno na samym początku turnieju o pas mistrzowski KPW. Obu zawodnikom przydałoby się zatem coś dla odmiany wygrać, aby zacząć odbudowywać swoje momentum w federacji.

Trochę ciężko się na temat tej walki rozpisać, ponieważ była ona zwyczajnie poprawna, ale niespecjalnie zapadła w pamięć na tle reszty wieczoru. Gdybym musiał wskazać kto zaprezentował się lepiej, byłby to Eryk Lesak sprawiający wrażenie naprawdę kompletnego zawodnika wagi ciężkiej – od formy do prezencji w ringu. Leon Lato przywodzi na myśl skojarzenia z Shawnem Michaelsem i chociaż są to dobre skojarzenia, brakuje mi tu jakiejś wyróżniającej jakości albo wręcz twistu, który podniósłby zainteresowanie wokół jego postaci.

Zastanawiam się, czy nie wolałbym widzieć tego duetu w odwrotnych rolach. „Pogodni” wrestlerzy z „wesołymi” gimmickami mają pecha do wpadania w rolę jobbera (takich przypadków było mnóstwo w WWE około 2010-2011 roku – jamajska wersja Kofiego Kingstona, Zack Ryder, Yoshi Tatsu, Santino Marella i inni). Mam wrażenie, że wykręcanie dobrych walk w roli heela pomaga w takich sytuacjach odbić się od tego schematu, zbudować swoją renomę, a następnie cieszyć się uznaniem publiczności z powrotem po jasnej stronie mocy.

Eryk Lesak walczy natomiast jak na rasowego heavyweighta przystało i o ile widzieliśmy już zarówno w polskich, jak i zagranicznych ringach wizerunki dużego, złego pana wrestlera, o tyle ciekawiej robi się, gdy zawodnik wagi ciężkiej budzi swoją charyzmą i postacią tak duże zainteresowanie, że heat wokół jego osoby mimowolnie przekształca się w pop. Byłoby to niesamowicie ciekawe, gdyby właśnie Eryk Lesak był kimś w rodzaju polskiego Gunthera, tj. kogoś o śmiertelnie poważnym wizerunku, kto wzbudza entuzjazm publiczności poprzez swoją solidną pracę w ringu i na mikrofonie.

Przy zaprezentowanym toku wydarzeń, booking walki wpadł w regułę „heelowie też muszą czasem wygrywać” i mogło się tu wydarzyć coś więcej. Tak czy owak, starcie wypadło solidnie – zabrakło po prostu jakiegoś dodatku, choćby skrawka nowego storyline’u.

Zefir d. Callum Beck

Kolejnym znanym wrestlingowym patentem jest budowanie lokalnych talentów poprzez sprowadzanie zagranicznych rywali w roli jobberów. Bierzemy jedną z twarzy federacji, sprowadzamy dla niej rywala z pobliskiego kraju (najlepiej jeśli wystąpi jako heel), a następnie obiecujący, miejscowy talent udowadnia swój prestiż przed kolejną podkładającą się mu ofiarą na jego drodze. Opcjonalny składnik w tym przepisie to pas, którego oczywiście z powodzeniem „broni” promowany zawodnik przed gościem, który nierzadko zawija się prosto po gali na samolot i leci występować gdzieś do kolejnego kraju.

Widzieliśmy taki schemat już mnóstwo razy i… nie ma w tym absolutnie nic złego. Zwłaszcza kiedy mówimy o Zefirze, będącym moim zdaniem towarem absolutnie eksportowym dla KPW i wizytówką federacji zarazem. Tutaj po prostu wszystko się zgadza – sensowny ringname, strój kojarzący się patriotycznie, doskonała dyspozycja fizyczna i przede wszystkim bycie ogromnie over z całą publiką. Zawsze świetnie się ogląda high flyerów w ringu, a zwłaszcza tak doświadczonych i utalentowanych jak zwycięzca opisywanego starcia.

Callum Beck, jobbujący przegrany z brytyjskiego importu zaprezentował się również naprawdę nieźle i szybko wypracował sobie chemię pomiędzy sobą, a wyszydzającą go widownią. Często podczas realizacji kolejnych chwytów i skoków Anglik miał z zwyczaju sapać na głos („yszzzzzzzz”), a kiedy połapał się, że jeden z widzów go parodiuje, wskazał na niego palcem i krzyknął: „This one’s for you!” zanim skoczył na Zefira z trzeciej liny. Wyłapywanie takich rzeczy i robienie z nich użytku to pożyteczna umiejętność dla każdego wrestlera.

Podsumowując, pomimo wiadomego scenariusza walki zobaczyliśmy kawał widowiskowej rywalizacji i pozostaje tylko kibicować Zefirowi w jego dalszych planach. To co, Zefir vs Marcelito na Legacy of Wrestling #2?

KPW Championship contendership triple threat match
Michał Fux d. Filip Fux & David Oliwa

Rywalizacja o miano pretendenta do najważniejszego tytułu w KPW rozstrzygnęła się w walce pomiędzy braćmi Fux występującymi przeciwko sobie oraz przeciw Dawidowi Oliwie w triple threat matchu. Obiektywna ocena tej walki wymaga podziału na dwie składowe – jedną z nich są sami wrestlerzy, a drugą ich zmagania w ringu na minionej gali.

Bracia Fux stanowią aktualnie produkt kompletny. Mają doświadczenie w ringu, radzą sobie z publiką, a ponadto dorobili się pasów tag teamowych (zasłużenie, choć ten title run trwa już ponad rok i same pasy bronione są o wiele za rzadko). Patrząc z tej perspektywy nie ma się tak naprawdę do czego przyczepić. Sęk w tym, że występowanie w tag teamie wiąże się z pewnymi uniwersalnymi bolączkami, które warto mieć stale na uwadze.

Kariery tag teamowe wpadają czasem w dwa schematy – albo widownia przyzwyczaja się do oglądania danego duetu w pakiecie i traci zainteresowanie solowymi występami członków tag teamu albo jeden z członków osiąga większą rozpoznawalność niż drugi.

Odnośnie pierwszego wariantu to pomyślałem o nim, kiedy bracia Fux wychodzili do tej samej muzyki i w podobnych strojach, pomimo iż występowali w zasadzie indywidualnie. Dla porównania na polskim podwórku, Marco Hammers ma swój theme inny od muzyki Olgierda najpewniej właśnie z opisywanego powodu. Wieloletnia kariera tag teamowa stanowi czasem podróż w jedną stronę, z której ciężko właściwie wrócić do indywidualnych występów, na które publika w ogóle miałaby jeszcze ochotę. To nie jest już reguła (ponownie: Jey Uso), ale całkiem nagminna przypadłość. Czy ktoś na przykład ma ochotę oglądać ponownie w solowej rywalizacji Xaviera Woodsa, kiedy cały jego push oparł się na występach z The New Day wraz z Big E i Kofim Kingstonem? Gdy słyszysz o Filipie Fuxie lub o Michale Fuxie pierwszym skojarzeniem są właśnie bracia Fux jako zgrany duet i pytanie czy tak ma już zawsze zostać. Jeśli tak, super. Jeśli nie, potrzebne byłyby tu jakieś różnice w gimmickach pomiędzy Michałem a Filipem, indywidualne theme podczas wyjścia na ring i przede wszystkim więcej solowych występów.

Natomiast co do drugiego scenariusza, w którym jeden element ringowego duo przyćmiewa drugi, mogę posłużyć się licznymi przykładami ponownie ze znanego i lubianego WWE: Edge i Christian, Jeff Hardy i Matt Hardy, a w najświeższym wydaniu Jey Uso oraz Jimmy Uso. Każda z tych drużyn składa się z kogoś, komu udało się wybić i kogoś, kto został z łatką „tego drugiego”. Dzieje się tak, ponieważ każdy większy sukces wrestlera w tag teamie, sprawia że widownia (choćby podświadomie) porównuje sobie w głowie co w tym czasie osiągnął partner, a ciężko bookować wrestling tak, aby duety rozkwitały synchronicznie aby jeden zawodnik nie został przyćmiony drugim. Szybko zmęczylibyśmy się zjawiskiem tag teamów, gdyby wygranie solowego pasa musiało iść w parze, aby nikt spośród promowanej dwójki nie poczuł się „poszkodowany”. Stąd, solowo najczęściej pushuje się jeden talent mocniej od drugiego, stwarzając mu trudne położenie do dalszego rozwoju.

Powyższe wywody idealnie wprowadzają nas do tego jak wypadła walka braci Fux występujących solowo we trójkę, czyli wraz z Dawidem Oliwą. Braci trochę ciężko było w ringu rozróżnić wizerunkowo czy też movesetowo. Storyline’owo coś tam się pokłócili, ale w sumie i tak nic z tego nie wyniknęło, bo się od razu pogodzili i… w zasadzie tyle. Dawid Oliwa z kolei zaprezentował się jak najbardziej w porządku – profesjonalna kreacja w roli heela, jak zwykle dobra dyspozycja fizyczna i nawiązywanie kontaktu z widzami należy ocenić na plus.

Cała trójka zawodników wypadła naturalnie solidnie – mówimy przecież tutaj o sprawdzonych elementach rosteru KPW. Najpewniej właśnie dlatego zawadzał mi przede wszystkim nie do końca solowy charakter występu braci Fux na tle Dawida Oliwy, a nie brak widowiskowych akcji ze strony całej trójki, deficyt sprawnie podtrzymanego tempa rywalizacji czy też niedostatek oddziaływania na zebrany tłum.

Tomczak (/w Rosetti) d. Greg

Ponownie jeden z najjaśniejszych punktów gali, głównie za sprawą storyline’owego charakteru starcia. Udział Grega gwarantuje spory pop ze strony publiczności, wesołe chanty (a nawet religijne śpiewy) i masę dopingu, zwłaszcza w nierównej walce przeciwko debiutującemu Tomczakowi z nieuczciwym wsparciem płynącym prosto od samego Rosettiego. Świeżo upieczony debiutant w rosterze KPW mierzy 2 metry i waży 140 kilogramów (!) – Greg więc tym bardziej potrzebował całego wsparcia, jakie dostał tego wieczoru w Gdyni.

Na dzień dobry Rosetti wycofał się ze starcia w handicapie (walkę ogłoszono w karcie jako 2 na 1), tłumacząc się przy tym nadmiarem obowiązków z organizacją eventu, ale jednocześnie obiecując swój osobisty nadzór przebiegu całego starcia. Oczywiście w wykonaniu nowego, heelowego włodarza KPW „nadzór” ten sprowadzał się do ciągłego wprowadzania modyfikacji zasad utrudniających Gregowi odniesienie uczciwego zwycięstwa – począwszy od zabronienia wyliczania do dziesięciu podczas nieobecności z ringu, przez wyłączenie dyskwalifikacji (przy jednoczesnym wręczeniu kendo sticka prosto do rąk Tomczaka), na zmianie sędziego kończąc (sędzia Kinga została zastąpiona przez zniecierpliwionego Rosettiego, który krzyknął, że „ma już dość tego jej sędziowania”).

Wszystkie te zmiany ożywiały publikę i oczywiście przysparzały Rosettiemu coraz większego heatu, co należy ocenić pozytywnie oraz kreatywnie. Rozrywki dostarczało także nieobiektywne sędziowanie nowego szefa federacji, który odliczał bardzo powoli przypięcia wykonane przez Grega i ewidentnie faworyzował Tomczaka w przebiegu tej rywalizacji.

Pogratulujmy również w tym miejscu Tomczakowi udanego debiutu (oraz samej organizacji KPW z powodzeniem prezentującej nowego zawodnika!) – naturalnie debiutu zakończonego wygraną olbrzyma w tej niesprawiedliwej potyczce. Postać „obłąkanego” wielkoluda sprawiła imponujące wrażenie pośród publiczności i zmieniłbym w niej aktualnie jedynie… sposób w jaki Tomczak patrzy w stronę publiki czy też rywala na bardziej spokojny (zamiast nerwowego szalonego spojrzenia, które jest nieco przerysowane) – widać tu potencjał na zrealizowanie swoim wizerunkiem tego, co osiągał niegdyś zamaskowany Kane w dawnym WWF. Mam tu na myśli wywoływanie lęku i jednoczesne wzbudzanie respektu u widza poprzez siłę, strach i opanowanie (oraz powolne ruchy pasujące do kalibru postaci) składające się na spójny portret potężnego, zamaskowanego giganta.

KPW OldTown Championship Match
Chemik d. Michael Schenkenberg

Świetnie było zobaczyć w main evencie czołową, heelową gwiazdę KPW jaką jest Chemik, w konfrontacji z żywym, dynamicznym Michaelem Schenkenbergiem prosto z Niemiec, występującym jako face niezwykle pozytywnie nastawiony do świata (zwłaszcza w porównaniu z ponurą naturą swojego adwersarza).

Spodziewałem się ringowych pyskówek Chemika i się nie zawiodłem (na dzień dobry wypomniał przeciwnikowi, że nie po to jego dziadek walczył za Polskę, aby teraz on musiał walczyć z Niemcem w polskim ringu). Liczyłem także na jego dostarczające rozrywki cwaniactwo (sędzia Kinga musiała słuchać marudzenia, że za wolno liczy przypięcia Chemika usiłującego szybko zakończyć walkę z rywalem odliczeniem do trzech) i tu także nie mogę narzekać.

Gdyby ktoś mi kazał znaleźć na siłę jakiś problem z tą walką, to wskazałbym raczej ponownie dość przewidywalny wynik, ale tu także mamy do czynienia z lokalnym talentem budującym swoje momentum na importowanym zawodniku w roli przegranego (Zefir vs Callum Beck) i takie walki też muszą się czasem odbywać. Odchodząc od samego rezultatu, zobaczyliśmy kawał show ze strony obu zawodników (również Michael Schenkenberg wzbudzał spory entuzjazm pośród publiczności).

Trzymałem ponadto kciuki za Chemika na mikrofonie (radzi sobie z nim przecież doskonale, ścisła czołówka kraju) i tu także moje życzenia się spełniły, gdyż galę zamknął segment pomiędzy Chemikiem a… Filipem Fuxem domagającym się pasa KPW OldTown. Kilka chwil pyskówek i szarpaniny później, Rosetti spełnił oczekiwania Filipa Fuxa i obiecał walkę Chemik vs Filip Fux na zasadach Street Fight na KPW Arena 28!

Podsumowanie

Końcówka show narobiła zatem wszystkim apetytu na kolejne widowisko organizowane w gdyńskim klubie Nowy Harem i na tej pozytywnej nucie kończą się wrażenia z KPW Arena 27: Nowe Porządki. Jak zwykle w przypadku KPW Arena, zobaczyliśmy niezwykle profesjonalnie wyglądające show w sprawdzonej formule, która jednak bywała momentami wręcz zbyt sprawdzona – czy to poprzez przewidywalne rezultaty, czy też brak story, intrygującej stypulacji lub pasa na szali wokół niektórych starć.

Istota Wrestlingu niedawno podsumowując miniony rok (o tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=QM9mRGgERU8) zapytany o którąś z gal KPW Arena powiedział, że nie wie o którą galę chodzi, bo dla niego wszystkie gale KPW są „takie same”. Z perspektywy seryjnego show w regularnych odstępach czasu odbywającego się w tym samym miejscu, rozumiem co miał tutaj na myśli. Byłoby fantastycznie zobaczyć więcej tematycznych gal w Gdyni – np. karty wypełnionej walkami bez dyskwalifikacji (w stylu WWE Extreme Rules) lub walkami o wysokie stawki (jak dawne WWE Night of Champions) lub wydarzeniami zwyczajnie tematycznymi (np. w stylu retro?). Poza tym, niewiele trzeba życzyć KPW – mają już renomę, utalentowany roster i swoje doskonałe miejsce do gromadzenia entuzjastów wrestlingu. I oby tak dalej.