Trzecia Lina

prosty blog o polskim wrestlingu

Legacy of Wrestling [RELACJA] – Królestwo, Katowice (01.12.24 r.)

Zakończenie burzliwego w polskim pro wrestlingu roku dostarczyło nam wielu wrażeń na debiutanckiej gali nowej federacji. Jak wypadło całe wydarzenie nowego gracza na naszej scenie? Panujący w dyskusjach konsensus mówi, że owszem – warto było przyjechać do Katowic i zobaczyć to wszystko na żywo. I podpisuję się pod tym, ale przy okazji dorzucam jeszcze parę swoich uwag.

Zaraz, jeszcze jedna federacja?

Zacznijmy od tego, że Legacy of Wrestling (LoW) jest unikatowym przedsięwzięciem. Na ten moment prężnie działa u nas w kraju KPW (Trójmiasto, bardziej jednak Gdynia), PpW (Warszawa) i PTW (… Kozłów koło Gliwic). Mamy też odzyskujące momentum MZW (Wrocław) i malutkie, ale wciąż obecne MCW (powiedzmy z uwagi na rozrzut lokalizacji gal, że ogólnie Śląsk). Każda z tych federacji zdążyła zbudować swoje gwiazdy, których jest już naprawdę sporo. W związku z tym przez ostatnie miesiące polski wrestling zdaje się przybierać na sile wraz z kolejnymi sold outami, licznymi występami naszych talentów za granicą (nawet w Japonii!) i przełomowymi kontraktami na transmisje telewizyjne z organizowanych wydarzeń. Na fali tego hype’u powstało właśnie Legacy of Wrestling – aby skapitalizować pomysł na crossover kilku rosterów i zaprezentować wspólnymi siłami show, które jednocześnie może zarówno przyciągnąć nowego odbiorcę w formie trzygodzinnej wizytówki, jak i usatysfakcjonować aktywnych fanów głodnych kolaboracji pomiędzy ulubionymi zawodnikami.

I w tej właśnie formie, LoW wydaje się być skazane na sukces. Skoro PpW wyprzedaje znowu galę w Teatrze Komuna w Warszawie (PpW: Gruba Przesada), a KPW z tak wysokim powodzeniem jak i częstotliwością zapełnia Klub Nowy Harem w Gdyni (cykl KPW: Arena), to dla Legacy wystarczy w sumie wciągnąć najgłośniejsze nazwiska do swojej karty, zorganizować galę i liczyć sprzedane bilety, prawda? Właściwie to tak, dokładnie to wystarczy, czego dowiódł sold out dwa dni przed wydarzeniem. Taki sukces zagwarantowała już sama karta walk w połączeniu z innymi rozpoznawalnymi nazwiskami zaangażowanymi w przedsięwzięcie (nie tylko wrestlerów, ale i ogółem osób zamieszanych w scenę). Musimy tu też jeszcze doliczyć apetyt fanów „swoich” lokalnych federacji, którzy mogli pokibicować dobrze znanym faworytom i zarazem sprawdzić kim w sumie jest niewidziany wcześniej w swoim mieście Chemik lub Biesiad Strong.

Na miejsce debiutanckiej gali wybrano Katowice, co oceniam trochę ambiwalentnie. Z jednej strony ma to jak najbardziej sens pod kątem organizacyjnym. Osoby związane niegdyś z PTW (Disco Pablo, Sinister, Wiktor Longman, Dziedzic i nie tylko) występowały jeszcze nie tak dawno regularnie w śląskim Chorzowie, zatem można było się spodziewać, że to właśnie na Śląsku spotkamy ich wszystkich z powrotem. To także oznacza łatwość w ponownym zgromadzeniu wiernej publiki, zaproszeniu znajomych i tak dalej.

Z drugiej strony ta sama publika w swojej okolicy ma już aktualnie blisko na gale MZW czy PTW. Minione MZW: No Time To Die w pobliskim Wrocławiu obejmowało zresztą swoją kartą sporą część nazwisk będących tą samą atrakcją na Legacy – Gustava Gryffina, Biesiada, Marcelito, Shadowa, Dziedzica, Disco Pablo, Arona Wake’a, Olgierda, Marco Hammersa… I być może kogoś tu jeszcze pominąłem? Porównawczo patrzę teraz na Łódź oraz Poznań, czyli miasta położone bardziej centralnie. Takie położenie świetnie przecież wpasowuje się ideę wielkiej kolaboracji pomiędzy Gdynią, Warszawą i Wrocławiem, zwłaszcza z perspektywy tej części widowni KPW, która miałaby w ten sposób bliżej z Pomorza, aby zobaczyć Chemika czy Filipa Fuxa w innym ringu niż zwykle.

Całe przedsięwzięcie istnieje, aby ponad podziałami zareklamować najlepsze, co ma do zaoferowania nasz wrestling, a zatem co dokładnie mają do zaoferowania wszystkie współpracujące ze sobą organizacje i dlatego im bardziej wypośrodkowane będzie miejsce tego supershow, które ma przyciągnąć widownię z całej Polski tym lepiej. Coś mi podpowiada, że widownia Łodzi czy Poznania jest zresztą wygłodniała swoich dużych gal (w Poznaniu przewija się tylko KPW na Pyrkonie i PpW na Targach Piwa, a w Łodzi nie dzieje się zupełnie nic z tego, co wiem) i widzę w tym spory potencjał. Segment Legii Łysych na mikrofonie w mieście Lecha Poznań przecież pisze się właściwie sam.

Wracając do samej relacji, pozostajemy w Katowicach i oceniamy pierwszą galę Legacy of Wrestling jako wykorzystany lub zmarnowany potencjał wyczekiwanej kolaboracji pomiędzy wiodącymi federacjami w naszym kraju. Poniższe przemyślenia nie są stricte komentarzami z walk, ale często też miejscem na subiektywne opinie z nimi związanymi. Po dokładny przebieg całego eventu odsyłam oczywiście na YouTube, gdzie znajdziecie całą galę (tutaj: https://youtu.be/59q59Geo9lI) oraz do streszczenia i analizy na stronie kapitalnego, ambitnego projektu Teczki Polskiego Wrestlingu (tutaj: https://tpwres.pl/e/low/2024-12-01-low-1/).

Pierwsze wrażenie robi się tylko raz

Pierwszy kontakt z wydarzeniem kolejnej organizacji wrestlingowej to ekscytująca niespodzianka. Nie ma się trochę pojęcia co się zastanie na miejscu. Jaka będzie jakość produkcyjna? Jak będzie z miejscami siedzącymi lub stojącymi? Jak dopisze energia ze strony widowni? Czy będzie przerwa na zbicie piątki z zawodnikami lub złapanie czegoś do jedzenia i picia? Porażki w takich kwestiach mogą sprawić, że ludzie po walce wieczoru nie mówią nawet o tym, co dzieje się w ringu, a o bardziej prozaicznych sprawach, jak na przykład o tym, że skończyło się piwo lub nie było gdzie zaparkować.

Tu jednak klub Królestwo sprawdził się naprawdę nieźle. Profesjonalna oprawa wizualna, sprawnie obsługujący gości bar, rozsądna liczba miejsc siedzących i stoisko z merchem wypadły super. Gastronomicznie natomiast mogło być lepiej – nieco naiwnie łudziłem się, że uwielbiana przeze mnie Express Pizza sponsorująca event będzie sprzedawać kawałki swojej prostokątnej pizzy na przerwie. Tu nawiasem należy się wyróżnienie dla PpW, które na minionym Co Za Nooooc na Mińskiej 65 w stolicy naprawdę fajnie zagospodarowało strefę gastro (hot-dogi!) wraz z rozplanowaniem przerw, aby z ów strefy każdy chętny zdążył skorzystać.

Przykleję się też na moment do długości gali, która nie wliczając przerw zamknęła się w dwóch godzinach z hakiem (!) pomimo sześciu walk w karcie i drobnych segmentów. Bardzo mnie tu zastanawia, czy booking Królestwa niestety z powodu braku lepszych terminów pechowo przypadł na niedzielne krótkie popołudnie i LoW zrobiło co mogło, aby wykorzystać ten czas maksymalnie czy coś poszło bardzo nie tak w zaplanowaniu daty oraz długości trwania wydarzenia.

Niedzielny termin z pewnością nie wpłynął korzystnie na frekwencję, zwłaszcza ze strony fanów KPW, PpW czy MZW z różnych stron Polski. Piszę to oczywiście pamiętając o sold oucie – następnym razem zamiast wyprzedawać mały lokal, można dopasować i termin i miejsce tak, że biletów sprzedałoby się spokojnie dwa razy więcej dzięki zainteresowanym przyjezdnym. Sam dotarłem zresztą na miejsce z mniejszym gronem znajomych niż zwykle – właśnie z powodu dystansu do przebycia tam i z powrotem przy pracy w poniedziałek.

Wracając do krótkiego runtime’u przy obfitej karcie walk, ewidentnie brakowało oddechu pomiędzy ringowymi potyczkami – czy to poprzez więcej segmentów czy dłuższe wejścia zawodników czy cokolwiek innego (np. przerwy na Express Pizzę :)). Przy dłuższych walkach i odstępami pomiędzy nimi (np. dzięki mniej upchanym zapowiedziom wrestlerów), całość zaprezentowałaby się zdecydowanie profesjonalniej. Walka zakończona spektakularnym finiszem aż prosi się o jakiś oddech, żeby widownia mogła ochłonąć i przestawić swoją uwagę na inny konflikt.

Niestety, zamiast tego chwila celebracji zawodnika w ringu była często zbyt szybko tłumiona – muzykę zwycięzcy zastępowała błyskawicznie muzyka zawodników wchodzących już na kolejną walkę i zapowiadanych w drodze na ring. Kiedy nie ma gospodarza ani żeby zapowiedzieć wrestlera przed wejściem i (lub?) zaprezentować zawodników w narożnikach tuż przed startem walki, całość wypada po prostu zbyt pospiesznie. Zabrakło po prostu stałego konferansjera obecnego w ringu. W PpW robi to Michael HT, w PTW Arek Pawłowski, a w KPW Piotr Opolski (KPW Arena 27 spoiler alert!) i również w LoW przydałby się ktoś taki.

Świetnie natomiast sprawdził się duet komentatorski Arka Paterka i Łukasza „Balika” Balińskiego, który nawiasem mówiąc jest moim ulubionym zestawem komentatorów na naszej scenie. To nie tylko gwarancja dobrze sprzedanych emocji na każdej komentowanej gali, ale też stabilna doza jakości i profesjonalizmu – sprawdzona mieszanka wiedzy, entuzjazmu i braku jakichkolwiek wpadek. I wspominając o takich niezawodnych pewniakach, gratulacje dla Sędziego Seweryna, któremu po debiucie w ringu Legacy of Wrestling brakuje właściwie już tylko sędziowania w KPW, aby uzyskać status wszechobecnego na polskich ringach.

KARTA

KPW OldTown Championship Triple Threat Match
Chemik (c) d. Sambor (/w Rusałka) & Dziedzic

„Chemik jest szalenie interesujący” – przeczytałem kiedyś w internecie, nie znając jeszcze rosteru KPW. Aktualnie uważam Chemika za czołową gwiazdę KPW i gdzie go nie widzę, tam często kradnie show i spotlight swoim kolegom po fachu. Także tym razem nie było inaczej, ale najpierw pomówmy o tym co działo się przed walką. Miałem nadzieję, że zobaczę Chemika na mikrofonie i się nie zawiodłem. Fantastyczna, charyzmatyczna prezencja w ringu i przyciągające uwagę promo przeplatające powagę Chemika z humorystycznym odbiorem wśród widowni stanowiło moim zdaniem wielką reklamę dla KPW. Chemik czuje się w swoim gimmicku jak ryba w wodzie, a na mikrofonie świeci przykładem tego, że promo może dla widowni stanowić tyle rozrywki, co walka.

Pozytywnie zaprezentowali się także pozostali – miło było widzieć z powrotem face’owego Sambora (po heelowym występie na PpW: Co Za Noooooc). Face’owy Sambor jest aktualnie bardziej udaną kreacją niż jego heelowa wersja z PpW. Nie tylko face’owe theme jest tu bardziej chwytliwe od heelowego motywu. Heelowy Sambor, jakiego widzieliśmy na PpW: Co za Noc był nieco… powolny. Aroganckie, powolne gesty i swego rodzaju pycha trochę nie spina się ze słowiańskim charakterem tej postaci. Co byłoby natomiast świetne, to połączenie heelowej natury z dużą dynamiką, agresją, nieprzewidywalnością i prędkością – taki Sambor sprawiałby wrażenie nieokrzesanego słowiańskiego szaleńca i to mogłoby być coś naprawdę ciekawego.

W walce wziął udział również Dziedzic, który do Legacy of Wrestling przyszedł… cały na biało. Mam wrażenie, że Dziedzic jednocześnie bawi się swoją postacią, robiąc to na to ma ochotę, a jednocześnie przy tym szuka swojego patentu na zdobycie uwagi i sympatii (lub nienawiści) pośród publiki. Taka determinacja jest oczywiście jak najbardziej na plus, ale z jakiegoś nieokreślonego powodu ciut lepiej oglądało mi się Dziedzica na MZW. Być może po prostu zabrakło mi teraz czegoś w movesecie, co przykułoby większą uwagę. Na marginesie, niewidziany od dawna Sinister (występujący w roli „gospodarza”) przytrzymał właśnie Dziedzica zza ringu pod koniec walki, odbierając mu szansę na przerwanie kończącego walkę przypięcia. Mamy tu zatem zalążek nowego scenariusza pomiędzy Dziedzicem, a Sinisterem w przyszłości, który oczywiście cieszy, bo interesująca walka to nie tylko ciosy i chwyty, ale też rozwijanie feudów przekuwanych w kolejne starcia.

Chemik troszkę przyćmił obu swoich przeciwników zdobywając najpierw uwagę publiczności przez promo, a później utrzymując swoją dominację nie tylko w wymienionych ciosach, lecz także w odzywkach do swoich rywali. Tym bardziej wynik walki nie był żadnym zaskoczeniem, ale trudno się dziwić i spodziewać, że KPW oddałoby własny pas komuś niezwiązanemu z tą organizacją.

Shadow d. Marcelito

Zakładałem, że to będzie moja ulubiona konfrontacja tego wieczoru. Miesiąc temu widziałem na Facebooku w jednej z wrestlingowej grupek, że Marcelito wygrał w kategorii „Progres roku” plebiscytu podsumowującego miniony rok. Shadow z kolei bardzo dobrze zaprezentował się na niedawnym MZW: No Time To Die. W obu narożnikach mieliśmy high flyerów, co wydawało mi się gwarancją widowiska pełnego akcji wysokiego ryzyka i… zabrakło w tym wszystkim właśnie widowiska.

Walka trwała ledwo siedem minut z hakiem i mimo zaprezentowanego movesetu z obu stron, zabrakło przede wszystkim lepszego pacingu. Nie było tu na przykład schematu, w którym napięcie wzrasta od pierwszego zwarcia, aż do ostatniej wymiany finisherów przy rosnącym entuzjazmie widowni, przeżywającej coraz głośniej wydarzenia w ringu. Zamiast tego, walka toczyła się trochę ospale, od dźwigni do dźwigni przy niemrawej publiczności.

Na tle tych zarzutów, tym większym zaskoczeniem okazał się dla mnie absolutnie spektakularny finisz walki – Shadow rzucił Marcelito z narożnika w genialnym Spanish Fly, które oczywiście wystarczyło do definitywnego przypięcia i odliczenia do trzech przez sędziego Seweryna. To był niezwykle ryzykowny ruch, który naprawdę wyrwał niektórych widzów z krzeseł. Dla mnie to także jeden z tych nielicznych momentów na eventach wrestlingowych, gdy po bumpie poważnie zastanawiam się czy wszystko jest OK i pozostaję pod wrażeniem, gdy rzeczywiście cały ruch okazuje się wyłącznie popisem umiejętności bez kontuzji żadnego z wrestlerów. Trzymam jednak kciuki, że takie bumpy nie wejdą na stale do repertuaru dla pleców Marcelito, bo żadne plecy nie wytrzymałyby czegoś takiego regularnie.

Ppw rules match
Biesiad Strong d. Olgierd

Takie walki opisuje mi się najłatwiej, bo nie trzeba się w ogóle zastanawiać jak taktownie coś skrytykować i stosownie ubrać w słowa. Innymi słowy, starcie Biesiada z Olgierdem stanowiło absolutny showstealer i bezapelacyjnie największą atrakcję wieczoru.

Kto zna Biesiada, ten ekscytuje się akrobatycznymi aspektami każdego jego występu. I podobnie, kto zna Olgierda, ten spodziewa się świetnie odegranego gimmicku z współgrającym movesetem i komediowymi aspektami w pakiecie. Samo zestawienie tej dwójki jest już skazane na sukces, a do tego dochodzą przecież liczne spoty zrealizowane w czasie walki. Stoły, krzesła, rozlewane piwo i bambusowy miecz – wszystko czego można było się spodziewać, rzeczywiście się tam wydarzyło.

Samo wejście Biesiada rzucającego krzesłem do ringu było już wejściem smoka, a od tego momentu napięcie już tylko rosło. Walka toczyła się zarówno w ringu, jak i pod ringiem, a nawet w tłumie. W ruch poszły nie tylko znane i lubiane z PpW „bronie”, ale nawet pizza sponsora (Express Pizza zaliczyła super produkt placement), którą Olgierd zaatakował rywala w głowę.

Jakby tego było mało, życzenie widowni domagającej się większej liczby stołów zostało spełnione – w ringu pojawiło się jednocześnie pięć (!) stołów łamiących się pod ciężarem rzucanych w nie zawodników. A jakby tego nadal było jeszcze mało, walkę zakończył powerbomb, w którym plecy Olgierda zaliczyły bliskie spotkanie z konstrukcją zbudowaną z trzech stołów (!), co naturalnie zakończyło rywalizację.

Jednym słowem: top.

SEGMENT: Disco Pablo i tańczące krzesła

W tym segmencie przede wszystkim poznaliśmy prezesa stojącego za Legacy of Wrestling, który był czwartym uczestnikiem zabawy zorganizowanej przez Disco Pablo. Musimy jeszcze wziąć pod uwagę, że to może być tylko kayfabe, jak to we wrestlingu już wiele razy bywało z rolami prezesów i szefów.

Chwilę później, ten fragment show wziął mnie trochę z zaskoczenia, bo nie spodziewałem się jakiejś budowy storyline’ów po takim przerywniku. A jednak, segment tańczenia wokół krzeseł został przerwany przez zamaskowanego napastnika wykonującego znajomą dla części widowni akcję kończącą na Disco Pablo. Tym oprawcą okazał się być Taras, którego chyba nie widziano w ringu od PTW #5: Gold Rush w lutym tego samego roku. Ponownie mamy tu do czynienia (po wątku z Dziedzicem i Sinisterem) z jakimś nowym feudem, który potencjalnie może się rozwinąć na kolejnej gali Legacy of Wrestling.

I wszystko super, ale jedna rzecz mnie zastanawia i przedstawię ją cytując to, co zasłyszałem za plecami w trakcie gali: „Kurde, Taras to jest taka sympatyczna morda, jak on chce do siebie zrazić w roli heela”. Też jestem tego ciekaw, a tak intuicyjnie wydaje mi się, że przy odwróconym rozkładzie sił (POV: Disco Pablo jako heel, tańczący np. nad nieprzytomnym sędzią w ringu, zaś Taras dalej jako face, którego znamy dobrze jeszcze z PTW) mogłoby być jeszcze ciekawiej. Tak czy owak, mogę się oczywiście mylić i czas pokaże.

I gdzie w tym całym zamieszaniu podział się Boro?

Marco Hammers d. Filip Fux

Jeden z jaśniejszych punktów gali i ponownie częściowo ze względu na Legię Łysych. Na dzień dobry dostaliśmy od Marco Hammersa żywe, interesujące i zabawnie odegrane promo, a dobry warsztat na mikrofonie, to coś czego mi brakuje na galach oraz pośród niektórych zawodników. Charyzma wynikająca z pyskówek we wrestlingu jest nie do zastąpienia żadnym zestawem ruchów w ringu, nawet wykonanym wyłącznie z trzeciej liny. I właśnie dlatego m. in. Legia Łysych czy Chemik budzą sobą tak duże zainteresowanie publiczności, także na debiutanckiej gali Legacy.

Przyczyną całej konfrontacji była rzekoma kradzież jakiej miał dopuścić się Filip Fux na kreatynie Marco Hammersa. Dlatego też Filip Fux sprowokował Marco Hammersa pustym opakowaniem kreatyny do rękoczynów w ringu, a te zaś wypadły w starciu całkiem ciekawie. Zarówno Filip Fux, jak i Marco Hammers pokazali się widowni z dobrej strony, a ich zestawienie w roli adwersarzy najzwyczajniej w świecie miały sens dla oka.

Dostaliśmy przy okazji nowy finisher Marco Hammersa, który to sprezentował łysemu wrestlerowi wygraną. Celebrująca sukces Legia Łysych wyraźnie domagała się walki o pas Tag Teamów KPW (!), co rozbudza też apetyt na dalsze kolaboracje pomiędzy rosterami KPW i PpW. Całość można więc z czystym sumieniem ocenić naprawdę fajnie.

Gabriel Queen d. Aron Wake

Mam problem z tą walką. I tym problemem absolutnie nie jest ani Gabriel Queen ani Aron Wake, ani nawet to jak ostatecznie wypadła ich rywalizacja w trakcie show. Gabriel Queen to jak najbardziej obiecujący talent i trzeba być ślepym, żeby nie widzieć progresu poczynionego od jego zmagań sprzed roku lub dwóch. Aron Wake z kolei daje w ringu naprawdę wiele, mimo swojej o wiele zbyt długiej serii porażek i jego występ na LoW niestety także do tej serii należy.

Atrakcyjność tej konfrontacji wypada blado, bo… nie ma ona żadnej przyczyny. Nie zadbano o żaden kontekst między tą walczącą dwójką zawodników, o żadną interesującą stypulację ani tym bardziej o żaden pas (do tego zaraz wrócę, bo to skomplikowany temat). Dziwi mnie to tym bardziej z perspektywy kolejności karty walk, bo to przedostatnie starcie tamtego wieczoru, czyli właściwie przystawka do main eventu.

Chętnie spojrzę na to z jeszcze innego punktu widzenia, który bardzo lubię patrzeć na polski wrestling, a mianowicie z nieproporcjonalnie dużej krytyki jaka spada czasem na PTW względem innych federacji popełniających czasem podobne błędy. Pamiętam ile krytyki spadło na walkę Longman vs Disco Pablo (PTW #6: Blast From The Past) właśnie z całkiem podobnych powodów – brak story, które dla widza stanowiłoby motywację do zainteresowania się oglądanym pojedynkiem.

Samo Legacy of Wrestling komunikowało jeszcze przed walką, że obaj panowie nie mieli jeszcze okazji spotkać się w ringu, choć znają się od lat z czasów MZW. Brzmi to jak łatwy punkt zaczepienia do wytworzenia jakiegoś kontekstu do tej walki. Wystarczyłby choćby krótki segment na mikrofonie jako wstęp, cementujący Gabriela Queena w roli heela (pomimo dopingów widowni, przyzwyczajonej do oglądania go jako face’a w PpW).

Nie było także powodu, aby był to zwyczajny singles match. We wrestlingu jest trochę stypulacji, które nie wymagają sprzątania ringu przed kolejną konfrontacją. Mimo moich regularnych odwiedzin na galach KPW, PTW, PpW, MZW i teraz także LoW, nie pamiętam kiedy ostatni raz oglądałem na żywo submission match (przegrany musi odklepać, że się poddaje – przypięcie się nie liczy) czy iron mana (wygrywa ten, kto zdobędzie największą liczbę przypięć do trzech, odklepań itp. w określonym limicie czasu, np. 15 lub 30 minut), ale za to pamiętam ile razy podczas kolejnego singles matchu w harmonogramie myślałem: „czemu tego nie urozmaicili?”.

Mógłbym jeszcze pociągnąć temat braku pasa na szali w tego typu walkach, ale to bardzo złożony problem i poświęcę mu kiedyś osobny artykuł. Ogólnie uważam, iż powszechnie u nas w kraju brakuje pasów mid-cardowych, co generuje nam title runy wyłącznie ważnych pasów należących zwykle do „wizytówek” federacji. W ten sposób najbardziej rozpoznawalne talenty poszczególnych organizacji bronią pasa przed losowymi rywalami na kolejnych galach, aż w końcu storylinowo i logicznie pas zaczyna się komuś bardziej należeć. Jest to zrozumiałe z biznesowego punktu widzenia – maskotka federacji jeździ też wówczas po sąsiednich krajach, pokazuje się z pasem czy to w telewizji czy u Stanowskiego na YouTube. I nie różni się to zbytnio od tego co robi WWE z title reignem Cody’ego Rhodesa czy do niedawna Romana Reignsa.

Problem tkwi w tym, że równolegle my jako widownia oglądamy mnóstwo utalentowanych ludzi takich jak Axel Fox, Gabriel Queen, Aron Wake, Marcelito czy Wiktor Longman, którzy mogliby równie dobrze feudować między sobą o dodatkowy pas zarówno w Legacy jak i poza nim. Odpowiednik pasa interkontynentalnego czy Stanów Zjednoczonych z WWE, który zmieniałby właściciela częściej i dodawał wagi do licznych walk. I w związku z tym trzymam kciuki, że kiedy Legacy of Wrestling rozkręci się już na dobre, wyhoduje także swoją aspirację do wprowadzenia pasów LoW (pasów, w liczbie mnogiej: main event, mid-card oraz tag team), które byłyby fantastyczną atrakcją każdego show i jednocześnie najważniejszą nagrodą w Polsce – prestiżowym laurem, o który zmagają się rostery wszystkich istotnych federacji w kraju.

PpW Championship Match
Gustav Gryffin (c) d. Axel Fox

Poprzedni akapit niby nieco wpasowuje się w walkę wieczoru. Mieliśmy obronę pasa innej federacji i przewidywalnie pas ten został obroniony, więc w sumie trochę lipa bez niespodzianek. Lecz im więcej czasu upływa od debiutanckiej gali Legacy of Wrestling, tym bardziej doceniam co PpW zdziałało „sponsorując” main event ze swoim pasem na pierwszym wydarzeniu LoW. Mimo mojego początkowego zawodu rezultatem pojedynku, uważam go za najlepsze możliwe zwieńczenie gali, ale muszę po kolei wyjaśnić dlaczego miałem najpierw bardziej krytyczne zdanie i zdążyłem je już zmienić.

Przede wszystkim, idea supershow i przełomowej kolaboracji pomiędzy KPW, PpW i MZW kazała mi pierwotnie sądzić, że nasze federacje dogadały się tak, aby Legacy of Wrestling było czymś w rodzaju nadfederacji. Czyli miejscem głośnych walk pomiędzy najbardziej znanymi twarzami, dla możliwie najliczniejszej widowni przyciągniętej wizją zobaczenia największego wrestlingowego crossovera w Polsce. Mówiąc krótko, wrestlingowe Avengers naszej krajowej sceny.

W skali kraju myślę, że fajnie gdyby KPW, PpW i MZW funkcjonowały poniekąd jak brandy WWE (Raw, SmackDown, NXT), to znaczy organizowały swoje regularne gale (KPW Arena, PpW Hardcore Friday), swoje specjalne gale (flagowce takie jak Godzina Zero czy Ledwo Legalne), a dla Legacy of Wrestling mogłyby przypadać 3 – 4 wyjątkowe w ciągu roku wydarzenia, celujące w największą publikę i przyciągnięcie nowych fanów do uczestniczących federacji. Dla amerykańskiego WWE są to albo gale z tzw. Big 4 (Royal Rumble, WrestleMania, SummerSlam i Survivor Series) albo okazjonalne gale w Arabii Saudyjskiej (Crown Jewel, niegdyś także Super ShowDown). W obu grupach wydarzeń było właśnie miejsce na wielkie kolaboracje i crossovery, a wiodące do nich scenariusze często rozgrywały się równolegle do pozostałych wątków, rozstrzyganych na mniejszych galach. Umiem sobie wyobrazić gościnne występy zawodników PpW u KPW (i vice versa), które urozmaicałyby lokalne gale. Wówczas jakiś mały fragment gali służyłby do budowania hype’u nie na następne PpW lub KPW, a właśnie na następne Legacy of Wrestling.

Kto nie chciałby zobaczyć polskiego Royal Rumble, na które zjechaliby się fani wszystkich federacji w kraju, na którym wyłoniono by pretendenta do pasa Legacy of Wrestling? Kto nie chciałby obejrzeć walki Chemik vs Biesiad Strong albo Braci Fux walczących o LoW Tag Team Championship z Legią Łysych? Tu jest przecież tak wiele możliwości do zrealizowania i skapitalizowania.

Myśląc właśnie w taki sposób, założyłem że niezbędnym elementem do tej układanki będzie podjęcie przełomowej decyzji o możliwych zmianach posiadaczy gościnnego pasa poza federacją, która go przywiozła. Axel Fox i tak występuje w PpW, więc pas pojechałby z powrotem do Warszawy. Natomiast sztampowe i fikcyjne walki „o pas” nabrałyby realnego sensu i powagi dla widowni. W ten sposób można by uformować wrestlingowe multiverse, a także dostarczać fanom wielkich niespodzianek na lokalnych galach. Dzięki temu moglibyśmy kiedyś zobaczyć np. Zefira wbiegającego do ringu MZW, aby zasetupować konflikt na kolejną galę LoW albo Gustava Gryffina atakującego Chemika po walce, abyśmy zobaczyli kiedyś głośną walkę pas kontra pas na większej arenie niż Klub Nowy Harem w Gdyni czy Mińska 65 w Warszawie.

Tak się jednak tym razem nie stało i PpW rozegrało na obcej ziemi bezpieczny booking, w którym Axel Fox wypracował sobie przychylność i entuzjazm widowni, aby wygrać pas i zostać z niego obrabowanym chwilkę później w wyniku machlojek włodarzy federacji – walka została zrestartowana i Gustav Gryffin wygrał momenty później. Oczywiście byłem zawiedziony tym wynikiem, ale było to na fali ekscytacji potencjału jaki widzę w Legacy of Wrestling. Z punktu widzenia PpW, użyczanie swojego pasa dla nowego tworu na polskim rynku jest już i tak sporym gestem, a cisza jaka zapadła w social mediach Legacy of Wrestling miesiąc po gali kazała nawet nam przez chwilę sądzić, że LoW było jednak jednorazowym wybrykiem i nie będzie kontynuowane. Dopiero gdy piszę te słowa, od kilku dni potwierdzona jest druga gala Legacy of Wrestling. To całkiem późno, po niemal dwóch miesiącach od sold outu pierwszego eventu.

PpW zapewniło więc walkę na wysokim poziomie (piękny moveset z obu stron, chociaż Axel Fox wypadł w tej walce faktycznie lepiej niż panujący mistrz), zagwarantowało widowni dużą dawkę emocji z „wygraną” Foksa i ustawioną wygraną Gustava Gryffina, a w dodatku popchnęło dalej swój storyline Gustava Gryffina jako mistrza Zmowy, który może i daje radę w ringu, ale utrzymuje swój pas dzięki różnym nieczystym zagrywkom. Widownia buczała, więc Gustav w dalszym ciągu podręcznikowo wywiązuje się ze swojej roli jako heel. Kiedy to piszę, obronił znów swój pas przed Gabrielem Queenem na gali PpW: Lekka Gruba Przesada, bo nałożył na swoją walkę limit 15 minut, po upływie którego pojedynek automatycznie zakończył się jego wygraną. I wtedy uświadomiłem sobie jaki ma być title run Gustava Gryffina – głośny i bulwersujący, a zawód jakiego doświadczyła publika w Warszawie jest całkiem podobny do ostatniego zawodu z Katowic. Dla Ewenementu należą się podziękowania za wkład w Legacy of Wrestling – dwie spośród najlepszych walk tego wieczoru są właśnie ich sprawką.

PS. Na marginesie, nie wiem co aktualnie robi Wiktor Longman, zastąpiony przez Axela Foxa w karcie, ale niech wraca jak najszybciej. Wielka szkoda, że stracił swój main event – tym bardziej, że był uszyty właśnie dla niego za pomocą ciekawego segmentu w szatni nakręconego tuż po Ustawka Matchu z PpW: Co za Nooooc.

Podsumowanie

Kończąc cały powyższy wywód, rzeczywiście warto było przyjechać i zobaczyć to wszystko na własne oczy. Może całość wypadła nieco zbyt pospiesznie, data trochę nie dopisała przyjezdnym (oby sobota następnym razem, a nie niedziela), a lokalizacja była trochę mało wypośrodkowana, ale zobaczyliśmy ponownie kawał dobrego wrestlingu na żywo – przełomową kartę wypełnioną trzema organizacjami, które sumiennie dołożyły wiele swoich cegiełek do wydarzenia. Biorąc pod uwagę wszystkie plusy i cały ogromny potencjał, który pozostaje niewykorzystany, zaczekajmy Legacy of Wrestling 2 i kibicujmy, żeby okazało się jeszcze bardziej przełomowe.