Trzecia Lina

prosty blog o polskim wrestlingu

MZW Green Madness [RELACJA] – CKiE Bakara, Wrocław (28.06.25 r.)

W ekspresowym tempie niemal okrągłych trzech miesięcy, MZW wróciło do swoich fanów z kolejnym show. Rosnąca częstotliwość gal MZW świadczy bardzo dobrze o kondycji federacji i utrzymującym się popycie na bilety. Rodzi się więc proste pytanie, czy wydarzenia z MZW Green Madness podtrzymają aktualny apetyt fanów?

Tradycyjnego wstępu tym razem nie będzie, bo właściwie nie ma o czym pisać. Organizacyjnie MZW Green Madness jest dokładnie tym samym, co opisane wcześniej MZW Forever wraz z wszystkimi zaletami (dostępny merch i kameralna otoczka) oraz wadami (walki w pełnym, jasnym oświetleniu). W dalszym ciągu byłoby super, gdyby udało się dla odmiany zorganizować np. coś w Czasoprzestrzeni lub nawet jakimś pubie czy klubie, w którym dałoby radę trochę lepiej oświetlić walki. I w zasadzie tyle, przejdźmy do walk!

KARTA

Qualifying match (fatal-4-way money in the bank tournament)
Gustav Gryffin d. Febus „The Wolf”

Szczerze, to ta walka wzięła mnie właściwie z zaskoczenia, bo przyzwyczaiłem się do kapiszonów w roli walk otwierających wrestlingowe eventy i to starcie się z tej tendencji zupełnie wyłamuje. Nie jest to wyłącznie sprawka do niedawna panującego nam Gustava Gryffina, bo jego wilczy rywal dotrzymał mu kroku i pokazał się z naprawdę dobrej strony. Otrzymaliśmy więc sporo interesującej akcji, a wraz z nim kilka bolesnych dla ucha chopów. Gustav solidny jak zwykle, a Febus „The Wolf” coraz bardziej interesujący w swoim gimmicku. Może już pora aby znalazł sobie jakiegoś rywala do dłuższego feudu?

Qualifying match (fatal-4-way money in the bank tournament)
Shadow d. Oskar Aleksander

Widziałem co się tu stanie z kilometra wedle starej zasady z WWE: często jeśli heel z jakiegoś powodu wchodzi do swojego ringu znacznie dłużej niż zwykle, działając na publikę bardziej drażniąco niż zwykle, to szykuje nam się jakaś wyjątkowa kompromitacja. Zobaczyliśmy tutaj podobny zabieg, co w konfrontacji Goblina z Feagerem na styczniowym PpW: Gruba Przesada, czyli porażkę rozstrzygniętą w kilka sekund. Nie ma więc zbytnio czego komentować, oprócz tego że Oskar Aleksander zrobił dobrą robotę na mikrofonie i nie miał problemu z wygenerowaniem sporych pokładów heatu. Tak trzymać.

Qualifying match (fatal-4-way money in the bank tournament)
Aron Wake d. Syriusz Dziedzic (DQ: /w Mister Z)

Ta walka skończyła się zdecydowanie zbyt szybko. Patent z heelowym Aronem dogadanym ze swoim warszawskim szefem jak najbardziej w porządku, ale czemu wyegzekwowany tak wcześnie? Zarówno Aron, jak i Syriusz robili dobrą robotę w ringu i gdyby wszystko potrwało kilka minut dłużej, byłoby to jedno z lepszych starć wieczoru. A tak, potencjał został zmarnowany. Szkoda.

Qualifying match (fatal-4-way money in the bank tournament)
Mister Z d. Marcelito

Hot take: zanim wszystko się przedwcześnie skończyło, oglądaliśmy właściwie banger, w którym dominował Marcelito. Nasz wszechobecny gasiciel świateł naprawdę utrzymuje świetną formę w ostatnim czasie i powiedziałbym, że skradł tutaj show zdobywając zarazem głośniejszy pop od heatu swojego rywala. Stąd też nie przekonał mnie finisz tej walki i nagłe odliczenie Marcelito do trzech po pojedynczej akcji od przedstawiciela Zmowy. Nie chodzi o timing (zaskakujące końcówki też są fajne), lecz o bycie przyćmionym w ringu przez przegranego. Tak czy owak, trzeba się było spodziewać wygranej Mistera Z – w końcu szef PpW okazywał swoją determinację w kierunku pasa mistrzowskiego już na MZW Forever. Bookingowo więc byłem sercem za Marcelito, a rozumem za Misterem Z.

Tony Sheen d. Sambor

Tak, Tony Sheen wypadł fajnie, a jego triumf to żadne zaskoczenie jako że MZW promuje w ten sposób swój nowy talent. Skupię się więc na czymś innym: Sambor potrzebuje swojego programu. Nie trzeba nawet daleko szukać mu jakiegoś nemesis, jak ulał pasowałby chociażby „The Wolf”. Moglibyśmy otrzymać np. taki feud (albo tag team?) trwający kilka wydarzeń, zamiast wrzucania Sambora w losowe zestawienia co galę. Pisałem podobnie o naszym słowiańskim wojowniku w PpW i niestety mam tu identyczne spostrzeżenia w przypadku wrocławskiej federacji. Chłop występuje właściwie wszędzie oraz regularnie – dlaczego więc nie ma jakiegoś story wokół swojej postaci, zamiast lądowania w losowych walkach bez kontekstu? Ostatni taki pomysł na Sambora widziałem chyba dopiero na… PTW #6: Total Blast From The Past, kiedy kroił się jego feud z Vincentem Caravaggio. To mówi samo za siebie.

Goblin d. Erik Šlotíř

Goblin najwyraźniej miał więcej ringowej chemii ze swoim czeskim przeciwnikiem niż z Robertem Kaiserem, bo tę walkę oglądało się teraz o wiele lepiej niż tę drugą w marcu. Nie ma się do czego przyczepić, bo Goblin robił to co umie najlepiej, czyli dowoził swoje popisowe ruchy na zmianę z tauntami w stronę wrocławskiej publiki, a Erik w tym czasie z powodzeniem bawił się w heela. Piszę „bawił”, bo kiedy we wrestlingu ktoś wygląda i zachowuje się zbyt marudnie, to wypada raczej komediowo niż poważnie. Trochę jak Drew McIntyre ostatnimi czasy w WWE. Fajnie się to jednak ogląda, więc na plus.

tag team match
Legia Łysych d. Disco Pablo & Boro

Miano co-main eventu jaki otrzymała ta walka jest w pełni zasłużone. Bardzo pozytywne wydarzenie stanowi tu powrót Bora do ringu (po długiej przerwie). Powrót w dodatku bardzo udany, wyraźnie wyczekiwany przez publikę i ozdobiony paroma fajnie zrealizowanymi akcjami w ringu. Disco Pablo tradycyjnie już otrzymał równie dużo sympatii ze strony widzów i nie zawiódł ani tanecznym wejściem ani pokazem doświadczenia jakie zdążył zgromadzić we wrestlingu do tej pory.

W drugim narożniku mamy Legię Łysych i zamiast tradycyjnie pisać pochwały pod tym adresem, rzucę ciekawostką. Na galach wrestlingowych często nie jestem sam, lecz ze znajomymi których zawsze zapraszam na poszczególne gale. Ostatnio tak naliczyłem w głowie, że udało mi się zaprosić i „pokazać” naszą scenę wrestlingową już piętnastu osobom. Wrażenia jakie słyszę są zawsze pozytywne lub bardzo pozytywne, więc przy okazji tradycyjnie pytam kto zrobił najlepsze wrażenie i mimo rozmaitych zebranych odpowiedzi, za każdym razem wymieniana jest Legia Łysych (wyjątkiem jest tutaj KPW z wiadomych względów, ale może i to się niedługo zmieni?) – co jednoznacznie świadczy o niezaprzeczalnym statusie main eventerów i liderów w polskim wrestlingu, jakim cieszy się ten łysy tag team.

Zatem przy czwórce „pewniaków” nie było mowy o rozczarowaniach. Przewinęły się akcje w duecie, hot tagi, liczne interakcje z publicznością i ogółem wszystko, co powinno się w takiej walce pojawić. Zakończenie co-main eventu nie było tym razem fan servicem, bo między Borem a Disco Pablo coś wyraźnie zgrzytało (setup na Legacy of Wrestling #3) i właśnie to „coś” stanęło starym znajomym na drodze do wygranej. Tym samym Legia Łysych zainkasowała kolejne zwycięstwo – tylko obyśmy zobaczyli w przyszłości jakiś równie interesujący rewanż.

money in the bank ladder match (mzw/ppw briefcase)
Mister Z d. Gustav Gryffin, Shadow, Aron Wake

Jest tu o czym pisać. Walka oczywiście dowiozła wielu wrażeń, bo tak naprawdę wystarczyło parę barwnych konfrontacji pod drabiną czy też pod ringiem przy tak solidnym line-upie, aby starcie odhaczyć jako udane. Z drugiej strony, trochę nie klei mi się Mister Z katujący Gustava Gryffina na MZW, który chwilę później na social mediach PpW motywuje po koleżeńsku Gustava do występu na PpW: Turniej Typeshit.

Poprzednia walka stanowi tu świetny przykład tego jak mogłoby to wyglądać i pokazuje jakiś tam spójny kanon między MZW a LoW. Tutaj tej spójności już nie ma – wydarzenia między PpW a MZW trochę się ze sobą mijają, co stanowi przecież paradoks. Skoro walizka jest wspólna pomiędzy dwoma organizacjami, to czemu zamiast oglądać po tej gali np. jak Gustav Gryffin jest wściekły na Mistera Z za atak zza pleców na main evencie MZW, oglądamy jak sobie we dwójkę siedzą i gadają na ławeczce w parku? Albo dzielimy walizkę na federacje i dzielimy kanon, albo wspólna walizka i wspólny ciąg fabularny. Zamiast tego mamy wspólną walizkę i lekki retcon wydarzeń z MZW na socialach PpW. Nie kupuję tego, że jednego dnia Gustav dostaje oklep od swojego pracodawcy, a chwilę później jak słucha go jak owca pasterza i dziękuje mu za motywację. Lipa.

Odejdźmy jednak od wkładu PpW w tę walkę. Jeśli chodzi o Shadowa, to mam wrażenie że wylądował tu trochę aby dopchać skład i tyle. Przecież dopiero był pretendentem do tytułu na poprzedniej gali? Zamiast tego Shadow sprawdziłby się na tym show lepiej w jakiejś konfrontacji 1 na 1 z ciekawą stypulacją, która nie potrzebowałaby nawet tytułu czy walizki w tle.

Natomiast kiedy piszę Aron Wake to myślę przede wszystkim o niezwykle groźnie wyglądającym botchu, jakim okazał się nieudany zeskok z niestabilnej drabiny. Niebezpiecznie to wyglądało i całe szczęście, że skończyło się na złamaniu ręki. Pozostaje życzyć Aronowi ekspresowego powrotu do zdrowia i rychłego powrotu, a w międzyczasie można mu tylko pogratulować determinacji, bo mimo złamania ręki dokończył on swój udział w walce (z „pomocą” Syriusza, przywiązującego go do ringu) – to robi wrażenie.

Rezultat walki nie dziwi. Mister Z wyglądał na jedyną sensowną opcję – Shadow i Aron mieli szansę na tytuł w marcu, a Gustava oglądaliśmy z innym pasem przez ostatni rok, więc kolejny tytuł nie jest mu potrzebny od zaraz. Zasięg walizki na dwie różne federacje to niezwykle ciekawy pomysł i pozostaje nam obserwować, co z tego wyniknie. A do tego czasu trzeba się cieszyć z kolejnego widowiskowego ladder matchu na naszym podwórku. Świetnie się to oglądało.

Podsumowanie

Kiedy tak patrzę na kartę MZW Green Madness, to nie widzę większych zawodów. Na osiem walk, spośród których powinniśmy tak naprawdę oceniać siedem (squash match trwający dosłownie sekundy się nie liczy), najbardziej szkoda przedwcześnie zakończonego pojedynku Arona Wake’a z Dziedzicem i płaskiego finiszu obiecującej rywalizacji Mistera Z z Marcelito. Reszta udała się w mniejszym lub większym stopniu, zatem mamy tu tendencję wzwyżkową po średniawym MZW Forever. Ponadto, MZW nie kończy na tym harmonogramu swoich wydarzeń na ten rok. I oby następny event był równie udany lub jeszcze bardziej.