Maniac Zone Wrestling wróciło z nowym show zdecydowanie szybciej niż w przypadku poprzedniego MZW: No Time To Die, a karta po raz kolejny wypełniła się po brzegi znanymi i lubianymi nazwiskami, do czego ponownie przyłożyło swoją rękę warszawskie PpW. Czy udało się jednak przebić poprzednie, zdecydowanie udane widowisko „zielonej federacji”?

Zasłużona zielona federacja
W poprzednich relacjach na łamach Trzeciej Liny na wstępie zazwyczaj opisywałem kwestie związane z organizacją czy czasem i miejscem gali, bo zawsze wychodzę z założenia, że nawet seria wybitnie udanych walk nie zrekompensuje innych niedogodności na miejscu – kiepsko ogarniętych miejsc dla widowni, słabego nagłośnienia, terminu wycelowanego wyłącznie w lokalną publikę i tak dalej. Nie będzie tak natomiast w przypadku MZW, bo to dosyć unikatowy gracz na arenie polskich federacji wrestlingowych.
Przede wszystkim mam na myśli tutaj wiek wrocławskiej organizacji, której początki sięgają już ponad dziesięć lat wstecz. Jest to spektakularny wynik na polskie realia, w których nadal (pomimo niezłego i stabilnie rosnącego popytu) wrestling robi się wyłącznie z pasji, a nie dla pieniędzy.
Z tak imponująco długą historią wiąże się oczywiście proporcjonalnie spory wkład w rozwój naszego rodzimego wrestlingu, a w nim wychowanie licznych, odnoszących dziś sukcesy zawodników. Akademia MZW to miejsce, w którym trenował chociażby Jacob Crane (występujący aktualnie w japońskim BJW!), Justin Joy (oby kiedyś w końcu powrócił) oraz Axel Fox (nie trzeba przedstawiać). Sporą historię z ringiem MZW ma też Aron Wake, Stanisław Van Dobroniak, Olgierd, Isnorr i wiele innych talentów.

Rozwój pozostałych polskich federacji (celowo nie używam tu słowa konkurencyjnych, bo MZW to także wzór partnerstwa na naszej scenie, ale o tym za chwilę) sprzyjał oczywiście niekoniecznie korzystnym zmianom w rosterze MZW, który skurczył się po 2019 roku przy pechowym odpływie talentu do wówczas świeżo utworzonego PTW wraz z nadejściem pandemii w 2020 roku. Notabene, zielona federacja wykazała się także w czasach koronawirusa poprzez realizację serii wydarzeń udostępnionych za darmo na YouTube bez udziału publiczności (Projekt Basement).
I ani lockdown, ani mniejszy roster nie zdołały doprowadzić do wyparcia MZW z naszej sceny, które nie tylko w dalszym ciągu uparcie organizuje kolejne gale, lecz także kooperuje z pozostałymi federacjami – a jak wiemy, nie jest to standard na naszym podwórku. Zieloni mają nie tylko bardzo dobre relacje z PpW (twarze jednej federacji pojawiają się aktualnie w drugiej i vice versa), lecz także po koleżeńsku użyczają swojego ringu Legacy of Wrestling.
Wszystkie powyższe składowe – od wieku poprzez roster aż po zasługi – rzutują na bardzo pozytywny pryzmat przez jaki postrzegam MZW. Dlatego nie będę pisał tutaj z perspektywy fana oczekującego nie wiadomo jak dużego rozmachu. Cieszy mnie dalsza obecność Zielonych na naszej scenie i mam nadzieję, że nic się w tej materii nie zmieni. To napisawszy, mam wrażenie że MZW udało się sprzedać tym razem więcej biletów niż na październikowym No Time To Die. Niewiele brakowało do zresztą sold outu, co stanowi oczywiście znakomite wieści.
Sęk w tym, że przy aktualnym popycie Centrum Bakara powoli wyczerpuje swój potencjał (skoro nie pomieści już więcej gości), a więc być może uda się następnym razem sprzedać więcej biletów zapraszając do nowego domu dla zielonego ringu, który pomieściłby także bar (zapewniając dodatkowe zyski) i zapewniłby nieco lepsze warunki wizualne (niestety walki w Bakarze odbywają się w pełnym, zbyt jasnym oświetleniu). Nie zabrakło natomiast stoiska z merchem, które notabene oferowało nowości dla entuzjastów MZW i poszczególnych występujących zawodników.
Tyle tytułem wstępu omijającego celowo kwestię karty walk, którą tradycyjnie zostawiam na sam koniec. Kiedy jechałem na październikowe No Time To Die nie miałem wygórowanych oczekiwań i zostałem właściwie pozytywnie zaskoczony, bo swoje wrażenia i ogólny poziom frajdy płynący z tamtego show oceniłbym dziś nawet ciut wyżej niż z debiutanckiej gali Legacy of Wrestling (porównuję te dwa, bo tu i tu sporą część karty stanowią właśnie wrestlerzy z PpW i MZW). Tym razem jednak, ku mojemu zdziwieniu, niektóre walki… zwyczajnie nie siadły. Czasem kulał trochę pacing, czasem nie było pomysłu, a czasem zabrakło czegoś jeszcze innego. Uporządkujmy zatem jakie właściwie było MZW Forever – walka po walce.
KARTA
Goblin d. Robert Kaiser
Bardzo rzadko zdarza się, żeby opener show wypadał jakoś niesamowicie dla tle pozostałych walk. Tak było i tym razem, choć ciężko wskazać dlaczego w tym przypadku. W sumie Robert Kaiser zebrał łatwo heat za swoje okrzyki po niemiecku w stronę polskiej publiczności. I w sumie Goblin to niesamowity gość, w dodatku na zwyżkowej formie (fenomalny Dog Collar Match z Olgierdem na PpW: Teraz Albo Nigdy był zaledwie 2 tygodnie temu).

Chociaż obydwoje zawodnicy coś tam dali od siebie w ringu, walka nie zaoferowała czegoś wyróżniającego i trwała zresztą dosyć krótko. Goblin w sumie dopiero co stanął na wyżynach swoich możliwości, więc ciężko oczekiwać, że podczas gościnnego występu w zwykłym singles matchu wykręci coś szalonego z rywalem, z którym nie miał nawet wypracowanej tzw. chemii ringowej. Wtórne „Nummer Eins!” Roberta Kaisera też w końcu znudziło się trochę publice. Ot, poprawna walka na otwarcie.
Marcelito d. The Wolf
Stały bywalec w ringu MZW, Apollo Anderson, zedebiutował w nowym, wilczym gimmicku ku dezaprobacie zgromadzonych gości, którzy określili go prędko w swoich chantach… furrasem. Jego adwersarz, Marcelito wreszcie zgarnął zwycięstwo ku wielkiej radości wszystkich na sali, w tym mojej (a wielokrotnie ubolewałem nad przesadnym wykorzystywaniem Marcelito jako jobbera, zwłaszcza w PpW).

O dziwo, temu triumfowi nie towarzyszyła żadna typowa dla Gasiciela Świateł hurricanrana, a w dodatku do starcia wkradło się też parę zauważalnych botchy. Jeden z nich był szczególnie wyraźny, ale niestety nigdy nie miałem super oka i pamięci do nazw wrestlingowych ruchów, więc nie dam rady precyzyjnie określić co dokładnie nie siadło. Ogółem można tu było ukręcić coś więcej, z bogatszym movesetem Marcelito i trochę żywszym tempem ze strony jego wilczego rywala.
Notabene, Marcelito ma od niedawna nowy theme, który mam wrażenie, że byłby nieco bardziej chwytliwy gdyby zaczynał się od razu od beatu, zamiast od catchphrase’a i intro. Jest tu potencjał na hypowanie publiki rytmicznymi oklaskami!
open challenge
Legia Łysych d. Dziedzic & Jędruś Bułecka
Trzeba żyć pod ziemią, aby na ten moment nie wiedzieć, że Legia Łysych to już złoty standard polskiego wrestlingu. Open challenge z ich strony w karcie to swego rodzaju pewniak z dodatkową dawką emocji związanych z niespodzianką w formie rywali. Chociaż publika wyraźnie spodziewała się Justina Joya (ten jednak wydaje się, że zawiesił wrestlingowe buty i poszedł w robienie kariery jako… youtuber), na wyzwanie odpowiedział Dziedzic, a jego asem w rękawie okazał się góralski weteran ringu i zarazem współzałożyciel MZW – Jędruś Bułecka.

I chociaż Legia wypadła super jak zwykle, muszę powiedzieć, że największym pozytywem tego punktu w harmonogramie był zdecydowanie Dziedzic. Miałem o nim do tej pory okazję pisać tylko raz, już wtedy widząc spory potencjał w kombinacji jego młodego wieku, wkładanej pracy i licznych pomysłach na siebie. Tym razem mam wrażenie, że zobaczyłem właściwie najlepszy występ Dziedzica w ringu, jaki osobiście miałem okazję obejrzeć -a naliczyłem ich już trochę. Charyzmatyczna prezencja na mikrofonie i poza nim (koszulka z napisem „Włosy” – 10/10), ewidentnie bezproblemowe odnajdywanie się w kontakcie z publicznością, energiczny i widowiskowy występ w ringu to zaledwie tylko pierwsze z brzegu przemyślenia jakie miałbym na temat występu Dziedzica podczas MZW Forever.


Jędruś Bułecka jest również zapewne miłym akcentem dla widzów, którzy oglądali go jeszcze w przeszłości przed wielką przerwą (trwającą od 2019 do 2024 roku). Mimo, że ring rust Jędrusia był nieco zauważalny i Dziedzic robił więcej „roboty” w tym duecie, w kategorii specjalnego i okazjonalnego występu ciężko się do czegoś przyczepić.
Chociaż nie jestem fanem tradycyjnych tag teamowych konfrontacji w porównaniu z tornado tag teamami, nie mam wątpliwości, iż Open Challenge Legii był jednym z highlightów gali, który dodatkowo nastraja pozytywnie na zbliżający się występ Dziedzica na Legacy of Wrestling vol. 2.
Dieter Schwartz d. Sambor
O Samborze natomiast wypowiadałem się wielokrotnie i zawsze właściwie wypowiadałem się dobrze lub lepiej. Dietera Schwartza widziałem w ringu pierwszy raz, ale wiem że ma długą karierę i przewinął się naprawdę w wielu, wielu ringach. Na papierze mamy zatem dwóch solidnych mid-carderów i choć walka miewała swoje momenty, była też wyjątkowo… nierówna.
A przez tę nierówność, mam na myśli tempo, które czasem bywało w porządku, a czasem gwałtownie hamowało. Przypominam sobie tutaj pewne dłużące się w nieskończoność zwarcie pomiędzy opisywanymi wrestlerami, podczas którego najwidoczniej omawiali oni najbliższy spot lub sekwencję ruchów i być może nie mogli się dogadać lub stracili poczucie czasu pozostając wciąż w zwarciu. Był to właściwie pierwszy raz kiedykolwiek, gdy na widowni usłyszałem jak ktoś w tłumie krzyknął: „Nuda!„.
I szkoda, bo poza gwałtownymi spowolnieniami w tempie, obydwaj zawodnicy pokazali trochę dobrego wrestlingu. Biorąc pod uwagę ich kariery i niepodważalny talent u obojga z nich, być może tym razem zabrakło po prostu ringowej chemii. Nie była to widocznie zgrana kombinacja rywali. Tak czasem bywa.
KONKURS
„Casting” na konferansjera MZW
Skupiam się zazwyczaj przede wszystkim na walkach, ale chciałem tak tylko dorzucić, że inicjatywy z publicznością w ringu stanowią zdecydowanie super przerywniki, a MZW nie od dziś robi tego typu rzeczy i należą się za to pochwały. Fajnie, gdy parę osób ma okazję wyjechać z gali z wygraną koszulką lub torbą i miło byłoby widzieć tego typu inicjatywy także w innych, polskich ringach.
Tony „The Riverman” Sheen d. Disco Pablo
A przy tej walce z kolei można spokojnie wyróżnić drugą gwiazdę tego wieczoru i jest to Disco Pablo. Na tym etapie mam wrażenie, że to nasz polski Santino Marella w kategorii wrestlera godzącego jakość występu z pozytywnymi elementami. Powiedziałbym nawet, że gimmick Disco Pablo jest bardziej wyważony oraz mniej przerysowany, a przez to bardziej mnie przekonuje. Fajnie było zobaczyć tak spory pop wśród swojej śląskiej publiki i szkoda, że nie skończył się on wygraną, ale jest to w pełni zrozumiały booking – promujący nową twarz i jednocześnie rozwijający storyline z Tarasem,
Patent na zakończenie walki rozproszeniem Disco Pablo przez muzykę Tarasa, po której on nie wszedł na ring był w sumie świeżą odmianą w porównaniu z chociażby heelowymi wygranymi w wyniku odwróceniu uwagi sędziego. Biorę też pod uwagę, że to mogła być wpadka i Taras przegapił swoje wejście, a jego faktyczna obecność w ringu była kolejną z niespodzianek tego wieczoru.
Oczywiście otrzymaliśmy tutaj typowy scenariusz heela katującego face’a po walce z gromadą face’ów wbiegających na ratunek, ale Taras wypadł w roli heela tym razem lepiej niż na Legacy of Wrestling. I fajnie było też zobaczyć ciągłość w tej historii (pomiędzy dwoma odrębnymi federacjami), bo nie jestem fanem rozdzielania storyline’ów czy też gimmicków pomiędzy face’a i heela na dystansie 200 kilometrów dzielących Katowice oraz Wrocław… ale o tym będzie jeszcze okazja się rozpisać po Legacy of Wrestling vol. 2.
Kubes d. Mister Z (DQ)
Wyjątkowo ekscytująca kombinacja zawodników w karcie i zarazem co-main event wieczoru. Kubes to Amerykanin z polskimi korzeniami, który zdecydował się nam przywieźć trochę amerykańskiej szkoły wrestlingowej i zarazem odwiedzić Polskę po raz pierwszy, odkąd skończył 8 lat (źródło: polecam wywiad z Kubesem na MyWrestling). Mówimy tu o kimś, kto wystąpił w ringach Ring of Honor oraz All Elite Wrestling, a wrestling opanował w akademii prowadzonej przez… Kane’a (tak, tego Kane’a) i Toma Pricharda.

Tym bardziej cieszy, że jego rywalem był akurat Mister Z, a więc wyjątkowo utalentowany włodarz kwitnącego PpW. Samo starcie ciężko mi jednak ocenić, bo tu także tempo bywało lekko nierówne. Obydwoje wrestlerzy postawili na bardzo techniczny styl walki, pełen sekwencji z rozmaitymi dźwigniami, co stanowiło świeżą odmianę od znacznie powszechniejszego w polskich ringach stylu heavyweightowego, high-flyerskiego czy też brawlerskiego.

Mam wrażenie, że ten sam pojedynek zadziałałby dużo lepiej jako właśnie submission match przy obranym kierunku, bo bez niego nagromadzenie dźwigni hamowało nieco emocje na sali. Pomiędzy opisywanymi sekwencjami zdarzały się jednak bardzo widowiskowe slamy i te wyraźnie ożywiały starcie.


Dostaliśmy także Mistera Z na mikrofonie ubliżającego zgromadzonej publice (oberwał ogółem również Wrocław), co fantastycznie zadziałało dla heelowej prezencji założyciela PpW, a jednocześnie stanowiło zapowiedź jego starań o pas MZW. Dobry występ na mikrofonie zawsze na plus – Mister Z dobrze wie jak to się robi i najpewniej nie miałby z tego w połowie takiej frajdy, gdyby był aktualnie facem.
MZW Championship triple threat match
Matt Buckna (c) d. Shadow, Aron Wake
Main event był dokładnie taki, jaki powinien być. Ten pojedynek okazał się być najbardziej interesujący spośród wszystkich walk tego wieczoru, a ponadto wypełniony widowiskowymi spotami i dobrze zagospodarowanym czasem. Aron Wake dorzucony do walki miał okazję wykazać się jako heel (i dobrze mu to zresztą wyszło), Shadow jak zwykle pokazał wrestling najwyższej klasy (i to jemu przyznałbym trzecie wyróżnienie tego wieczoru, to naprawdę niesamowity zawodnik), a Matt Buckna zasłużenie obronił swój pas (ma go przecież bardzo krótko) przed sympatyzującą z nim wrocławską publiką.



Każdy z zawodników miał w ringu okazję zabłysnąć. Przewinęły się także dogadane spoty z udziałem całej trójki, walka w tłumie, manipulacja emocjami publiczności zmieniającej w locie swojego faworyta oraz… Mister Z oglądający całość z krzesełka pod ringiem (w razie jakby ktoś już zapomniał, że interesuje go walka o pas MZW).

Chciałbym mieć okazję zobaczyć Shadowa gdzieś jeszcze, pasowałby do ringu PpW jak ulał przy swoim gimmicku, a przy jego stażu i talencie nie wątpię też, że dostarczyłby wielkich emocji również w KPW (o LoW oczywiście nie wspominam, bo tam Shadow już był… i być może znów kiedyś będzie).
Podsumowanie
I oto całe MZW Forever. Trzy udane walki na tle to bilans w moim odczuciu nieco gorszy od minionego MZW No Time To Die. Być może niektóre zestawienia zawodników okazały się średnio kompatybilne, być może tu i ówdzie zabrakło jakiejś urozmaicającej stypulacji, a czasem zabrakło po prostu widowiska.
Tak czy owak pozostaje trzymać kciuki za dalszy rozwój oraz kolejne show MZW w jak najbliższej przyszłości. Miałem też okazję zapytać kilku obecnych osób (oglądających wrestling na żywo po raz pierwszy) o wrażenia z MZW i każde z tych wrażeń było pozytywne lub wprost bardzo pozytywne. Być może więc zabrakło mi czegoś wyróżniającego na tle innych gal, ale jak zawsze warto było się o tym przekonać na żywo. I na tym pozytywnym akcencie możemy zamknąć wrażenia z wrestlingu we Wrocławiu na pewien czas. Oby jak najkrótszy.
