Niemal trzy miesiące temu Rosetti zaprowadził nowy ład w KPW. Złowieszczo zatytułowane KPW Arena 28: Zły Omen to ciąg dalszy historii zbudowanej wokół nieobecności Krystiana Malinowskiego w strukturach Kombat Pro Wrestling. Co ciekawego wydarzyło się tym razem w Gdyni?

Zły Omen, dobra wróżba
Bilety na poprzednie, styczniowe widowisko spod szyldu KPW rozeszły się co do sztuki (i to w naprawdę niezłym tempie). Także i tym razem wejściówki na relacjonowany poniżej Zły Omen zostały wyprzedane, co potwierdza zarówno niegasnący popyt na wrestling w Polsce, jak i stabilnie wysokie zainteresowanie produktem KPW. Wysoką jakość produkcyjną gdyńskiego wrestlingu opisałem już w ostatniej relacji, a ponieważ Nowy Harem w dalszym ciągu stanowi dom dla pomorskiej federacji, nie ma sensu abym powtarzał identyczny zestaw licznych zalet i nielicznych wad odnośnie tego samego miejsca czy formuły cyklu KPW Arena.
Kilka słów mogę za to napisać o tym jak KPW zagospodarowało czas pomiędzy swoimi galami, bo w ostatnim czasie śledziłem nie tylko ogłoszenia nowych walk, lecz także w jaki sposób poprowadzono feudy i storyline’y do nich prowadzące. Wzorem do naśladowania jest dla mnie tutaj PpW, które idealnie potrafi się wstrzelić w dzisiejsze social media rolkami i klipami kręconymi z udziałem wrestlerów, a tym samym dowozić regularnie content podtrzymujący uwagę widowni wokół nadciągających wydarzeń.
Nie mogę napisać dokładnie tego samego o KPW. Chociaż sociale federacji (Facebook, Instagram, YouTube) dostarczyły profesjonalnie nakręcone promo Hansa Schulte oraz dodatkowe materiały z Rosettim (11 minut w studiu oraz niecała minuta w biurze), poszczególne walki zostały „przedstawione” zaledwie w formie postów ogłaszających dane starcie wraz z tekstowym podsumowaniem dotychczasowego story. Brak potencjalnego promo Filipa Fuxa grożącego Chemikowi do kamery albo klipu z jakimś konfliktem pozaringowym pomiędzy Erykiem Lesakiem a Gregiem (czy też pomiędzy Dawidem Oliwą a Toby St. Johnem) to nic innego jak zmarnowana okazja medialna KPW na podgrzanie atmosfery – czyli na urozmaicenie fanom i tak dość sporego czasu, który fani musieli odczekać od Nowych Porządków do Złego Omena.
Nie przeszkadzało to jednak w odniesieniu sukcesu, a mianowicie kolejnego sold outu. Moje prognozy śledzące zainteresowanie polskim wrestlingiem są takie, że ten stan rzeczy nieprędko ulegnie zmianie. PpW, KPW i Legacy wyprzedają ostatnio bilety na wszystko, co organizują (MZW też było ostatnio całkiem blisko). Jednocześnie najwidoczniej storyline z zamachem na Malinowskiego i Rosettim obejmującym stery okazał się chwytliwy, a publika chciała zobaczyć dalszy ciąg tej historii.
Stąd punkt wyjścia dla KPW Arena 28: Zły Omen to planowana ceremonia zaprzysiężenia nowego prezesa (Rosettiego) oraz kontynuacja zaprowadzonego przez niego ładu. Zefir znów wychodził do ringu bez ziania ogniem, sędziowała ponownie Kinga dla której widownia była łaskawsza niż ostatnio, a walki zapowiadał raz jeszcze Piotr Opolski, któremu to natomiast tym razem część widzów rzucała kłody pod nogi.
Niestety coś nie grało z nagłośnieniem na sali – mikrofony wyjątkowo nieprzyjemnie piszczały. Odcisnęło się to zwłaszcza na wstępie gali, w której konferansjer usiłował odczytać swój storyline’owy wstęp rozjaśniający tytuł show, ale piski wydobywające się z głośników sprzyjały nie tylko tremie, lecz także bezlitosnym chantom zniecierpliwionego tłumu, uniemożliwiających prowadzącemu dokończenie swojej kwestii na mikrofonie. Kłopotliwą sytuację przerwał Rosetti, który moim okiem zupełnie improwizacyjnie i poza kayfabem zdecydował się wparować do ringu, wyrwać Piotrowi mikrofon i przekierować uwagę na siebie. Mikrofon to kluczowa sprawa dla udanego show wrestlingowego i trochę przykro było obserwować jak problem pisku w głośnikach rodem prosto z apelu szkolnego wpłynął na eskalację wrogiego nastawienia do konferansjera przez resztę wieczoru.
Niemniej jednak, skupmy się na tym co ważne w obliczu wyprzedanych miejsc, a zatem na karcie walk. Rozmaici wrestlerzy wypadli na Złym Omenie wprost o niebo lepiej niż ostatnio. Może to kwestia lepiej dopasowanych zestawień w pojedynkach, może to zasługa ciekawszych spotów, a może coś jeszcze innego. Oceńmy zatem KPW Arena 28, starcie po starciu.
KARTA
Greg d. Eryk Lesak

Trochę nuda, a zarazem najsłabsza walka tego show. Nie wiem czy mogę się czegoś dokładniej przyczepić, bo nie jest to wrażenie z pewnością spowodowane deficytem talentu (styczniowe zmagania Eryka oraz Grega na Nowych Porządkach oceniłem zresztą lepiej). Kulało trochę tempo. Profil obu zawodników jest dość heavyweightowy, więc może całościowo wyszło zbyt ociężale i nieco za wolno. Ta powolność sprawiła, że widownia w swoich chantach nie wrzuciła na drugi, trzeci czy czwarty bieg jak często miało to miejsce w trakcie pozostałych konfrontacji.

Cieszyła natomiast interakcja z fanami, reagowanie na rozmaite zaczepki i wierne trzymanie się swoich gimmicków. Od tej strony i Grek i Eryk Lesak pokazali sporo (zwłaszcza Eryk… w pewnym momencie). Jestem ciekaw co przyniesie dla tego duetu KPW Arena 29 – być może wtedy uda się wykręcić w ringu coś ciekawszego, a sam przy okazji zauważę z czego wyniknie ta różnica.
Zefir d. Leon Lato, Tomczak

Kawał dobrej rozrywki. O jakość ze strony Zefira byłem zupełnie spokojny, ale przy okazji zaskoczył mnie wyjątkowo pozytywnie Leon Lato – nie tylko zaprezentował się w ringu dużo lepiej niż na poprzedniej gali, lecz także świetnie współgrał z highflyerską prezencją Zefira w ringu. Idealnie wpasował się tutaj także Tomczak jako przeciwwaga temperująca zapędy swoich zwinniejszych przeciwników. Indywidualnie każdemu należą się tutaj pochwały.

Co jednak nie zagrało? A no jak to w potrójnych konfrontacjach bywa – gdzie dwóch się bije, tam o trzecim się zapomina. Zdecydowana większość pojedynku opierała się na dwójce aktywnie walczących wrestlerów, obok których trzeci najczęściej leżał znokautowany i dopiero zbierał się do powrotu do walki. To trochę banalne rozwiązanie, na którym nie da się zbudować wybitnego triple threat matchu – takiego, w którym przewaga zmienia się co chwila i w najlepszych momentach żaden z uczestników nie daje o sobie zapomnieć.
KPW OLDTOWN CHAmpionship street fight match
Chemik (c) d. Filip Fux
Bez niespodzianek – hit. Najlepsze, co przyszło zobaczyć widowni na Złym Omenie to Chemik broniący swojego pasa przed Filipem Fuxem w wyjątkowo brutalnym street fightcie. Byłem mocno zaskoczony jak daleko posunęli się tutaj obydwaj zawodnicy. O ich głowy roztrzaskane zostały liczne samochodowe kołpaki, a oprócz tego w ruch poszedł kendo stick, krzesło, znak drogowy, szalik kibica, kij baseballowy, łańcuch, pasek od spodni, kosz na śmieci oraz… pachołek. Pojawiła się również krew, właściwie to całe mnóstwo krwi Filipa Fuxa nie tylko w ringu, lecz także tuż pod nim (gdzie także rozegrała się część opisywanej walki).

Ciekawym zaskoczeniem dla mnie okazał się obfity heat wokół Filipa (przegapiłem jakieś wydarzenia?) – z heatem mu nie tylko „do twarzy”, to także świetny wyróżnik na tle face’owej postaci jego brata w KPW. Wymieniając kolejne plusy, podobała mi się wzajemna kradzież swoich finisherów oraz końcowy rezultat, a mianowicie Chemik zasłużenie broniący swojego pasa – brutalnie, lecz dość przepisowo jak na jego standardy. Podsumowując, otrzymaliśmy świetne zestawienie, mnóstwo barwnych spotów, pełno pomysłów na rekwizyty i absolutnie słuszny rezultat. Showstealer.
Dawid Oliwa d. Toby St. John

Zawsze mnie cieszy jak w wypełnionej polskimi nazwiskami karcie pojawia się także jakaś zagraniczna gwiazda, która przywozi ze sobą masę talentu i po prostu pokazuje „jak to się robi”. Takim kimś był tym razem Toby St. John – charyzmatyczny od samego wejścia Brytyjczyk błyskawicznie rozgrzał publiczność, a następnie bez przerwy podtrzymywał tę atmosferę wraz z „towarzyszącym” mu Dawidem Oliwą w roli przeciwnika.

Pod tym adresem także należy się masa pochwał, bo polska strona tego konfliktu wypadła równie dobrze – Dawid zaliczył dużo ciekawszy występ niż w triple threat matchu na Nowych Porządkach i pokazał w ringu swoje lata doświadczenia, dzięki którym nie tylko nie dał się zdominować Anglikowi, lecz dotrzymał mu kroku i sprawił, że publika kibicowała raz jednemu, a raz drugiemu wrestlerowi. Naprawdę fajnie się to oglądało.
SEGMENT: Zaprzysiężenie Rosettiego
Nie do wiary, ale po misternym zamachu na życie Krystiana Malinowskiego i rażącym dla oka rozpychaniu się Rosettiego na fotelu nieobecnego prezesa federacji, na gali subtelnie i zupełnie przypadkowo zatytułowanej jako Zły Omen, w trakcie szumnie zapowiadanej koronacji Rosettiego na nowego szefa KPW pojawił się… Krystian Malinowski (😱).
Kto by się spodziewał!


Tak czy owak, jestem wielkim entuzjastą tego typu segmentów w ringu – zwłaszcza, że na omawianym zaprzysiężeniu zjawił się kawał rosteru KPW i również stojący wokół prezesa (oraz jego kontrowersyjnego zastępcy) zawodnicy mieli czasem coś do powiedzenia lub wymownego gestykulowania, dodając autentyczności całemu zajściu. Jako widza, cieszy mnie zniesiony zakaz plucia ogniem dla Zefira, satysfakcjonuje mnie szum żywo zainteresowanej publiki wokół segmentu i zarazem intryguje mnie przyszłość jaka stoi przed tym storylinem. Na plus.
KPW Championship match
Hans Schulte (c) d. Michał Fux

Mam tu dwa problemy – jeden prozaiczny, a drugi całkiem interesujący. Po pierwsze, to nie była walka wieczoru pod kątem tego co zobaczyliśmy w ringu i szkoda, że zobaczyliśmy tę potyczkę na końcu, bo gdyby znalazła się gdzieś na półmetku nie byłoby na co narzekać – mówimy o poprawnej walce, zobaczyliśmy trochę fajnych ruchów i tak dalej. Sęk w tym, że street fight o pas KPW Oldtown zasługiwał na main event – czasem lepiej postawić na emocje niż na hierarchię tytułów. Wie to chociażby PpW, rzucając sporadycznie starcie o swój główny pas nawet na otwarcie wieczoru.

Temat numer dwa jest jednak ciekawszy. Hans Schulte obronił swój pas, a zatem zmagania o miano pretendenta do tytułu (KPW Arena 26: Wyścig, KPW Arena 27: Nowe Porządki) wywalczone przez Michała Fuxa okazały się… bezcelowe. Cały build-up od listopada… po nic. Co zatem musi wydarzyć się, aby Hans Schulte stracił pas? Czy taka zmianę zarezerwowano w grafiku KPW dopiero na Godzinę Zero? Może teraz był na to lepszy moment?
Świetny akcent na zakończenie wieczoru stanowił natomiast Zefir skaczący z balkonu wprost na Hansa Schulte, dający mu do zrozumienia, że teraz to on chce być pierwszy w kolejce po główny pas KPW. Co z tego jednak wyniknie, to dopiero przed nami.
Podsumowanie
Godzinę przed startem i zarazem kilka chwil przed otwarciem bramek, kolejka na KPW Arena 28 ciągnęła się już przez jakieś kilkanaście metrów pod klubem Nowy Harem w Gdyni. Całkiem sporo osób więc pomyślało, aby zjawić się na miejscu sporo przed czasem i zgarnąć najlepsze miejsca w środku. To tylko dowodzi, że widownia kupuje to, co ma im do pokazania KPW i chce więcej.
Być może to więcej przerodzi się kiedyś w nowe miejsce, które sprosta rosnącemu popytowi i zapewni większe pule biletów do wyprzedania. A może to więcej zostanie przekute w nowe pomysły na gale i stypulacje walk czy też nawet śmielsze kolaboracje na polskim podwórku (np. z MZW lub PpW). A być może zostanie dokładnie tak jak jest. Czyli naprawdę dobrze.
