Warszawski Ewenement przywitał nowy rok w swoim sprawdzonym miejscu, jakim dla PpW jest Teatr Komuna. Czy było to powitanie z przytupem? Po znakomitym PpW: Co Za Nooooooc, pobocznych mniejszych galach i świątecznym Hardcore Friday, potrzebna byłaby faktycznie tytułowa gruba przesada, aby podtrzymać takie momentum i sprostać popytowi fanów, którzy wykupili bilety na wydarzenie w mgnieniu oka. Czy to się jednak udało?

Na wstępie powiem od razu, że nie było mnie na miejscu i chociaż staram się jeździć na sporą część z tego, co pojawia się w harmonogramie naszych rodzimych organizacji, w tym przypadku stream z VOD prowadzonego przez PpW (https://ppw-ewenementpl.vhx.tv/ – świetna inicjatywa) był dla mnie wystarczającą okazją do zapoznania się z tym, co miało do zaoferowania PpW w styczniu.
Najpewniej gdyby nie to, że dzień wcześniej odbyło się inne wrestlingowe show byłbym na miejscu w Warszawie, aby zobaczyć wszystko na żywo, ale ostatecznie nie żałuję – bo w ten weekend to właśnie KPW przygotowało moim zdaniem ciekawsze widowisko i już spieszę z wyjaśnieniami dlaczego.
A żeby wrażenia zgromadzone przed ekranem a nie spod ringu były żywsze, zamiast zdjęć z gali dorzucam memy, które będą wpisywać się w moje uwagi co do eventu. Zapraszam do lektury.
PpW! PpW! PpW!
Nazwa Ewenement pasuje idealnie do warszawskiej organizacji. Pomimo, że wrestling pozostaje w Polsce właściwie niszą w porównaniu np. z galami MMA, a w samej głębi niszy jaką jest wrestling znajduje się jego hardcorowa odmiana dla jeszcze węższego grona entuzjastów, niszowo-niszowy produkt PpW jest aktualnie ogromnym sukcesem. Bilety na opisywaną Grubą Przesadę wyprzedały się w mgnieniu oka i nie stanowi to absolutnie żadnego wyjątku na tle licznych poprzednich gal, na które bilety rozchodziły się równie błyskawicznie.
Swoją cegiełkę do tego sukcesu zapewne dokłada rozmiar populacji Warszawy, ale nie można mu tak czy owak umniejszać. Wychowanie sobie przez lata swojej sporawej, energicznej i wiernej rzeszy odbiorców rozkupujących bilety na liczne wydarzenia PpW to spektakularny wyczyn i zarazem kluczowy fundament tej federacji, która jest zresztą tego zjawiska świadoma, określając swoją widownię mianem fanatyków.
Fala szumu wokół PpW nie zamierza w najbliższym czasie ustąpić, o czym świadczy rosnąca obecność organizacji w rozpoznawalnych mediach, zarówno w formie lekko niezdarnych artykułów, jak i występów w telewizji. Taka popularność w ostatnim czasie to efekt niewynikający ani z pieniędzy, ani z dodającego rozgłosu sponsora, ani z viralowych treści w social mediach ani niczego podobnego. Odpowiedź na zagadkę fenomenu warszawskiego przedsięwzięcia brzmi znacznie prościej i nużąco zarazem, a jest nią ciężka i nieprzerwana praca trwająca od wielu, wielu lat.
Historia warszawskiego Ewenementu sięga aż do okolic 2010 roku, kiedy to gdzieś w Warszawie zrodził się pomysł amatorskiej zabawy we wrestling w formie „ogródkowej” (a mówiąc fachowo backyardowej) w wykonaniu kilku młodych zapaleńców chcących jakoś ambitniej realizować swoje zainteresowanie wrestlingiem i przekształcić je w coś więcej niż np. bierne oglądanie WWE na Extreme Sports Channel, jak wyglądało to zazwyczaj w tamtych czasach u osób w wieku szkolnym.
Pomiędzy tymi zamierzchłymi dziejami a teraźniejszością nieprzerwanie trwał (i wciąż trwa) organiczny, dalszy rozwój PpW. Przez te kilkanaście lat wydarzyło się sporo – od pierwszych eventów dla wąskiego grona osób, do dzisiejszych wyprzedanych biletów na opisywaną galę. Od samodzielnych prób skonstruowania ringu, poprzez mały profesjonalny ring, do dzisiejszego dużego ringu z prawdziwego zdarzenia. Od rosteru złożonego ze znajomych do imponującego przekroju najważniejszych talentów na polskiej scenie wrestlingowej.
Nic więc dziwnego, że kiedy coś rozwija się w tak naturalny, płynny i niepospieszny sposób, towarzyszy temu lojalna publika, nierzadko pamiętająca choćby fragment drogi, jaki przebył dzisiejszy warszawski Ewenement. Właśnie dlatego, chociaż przebywam na licznych grupkach wrestlingowych i śledzę każdą istotną federację w kraju, to właśnie w przypadku PpW obserwuję największy hype wokół organizowanych wydarzeń oraz najwyższy poziom decybeli na widowni, która wręcz lubuje się w roszczeniowym domaganiu rosnącej ilości przemocy w ringu.
Na tle tych przemyśleń odnośnie wyjątkowo wiernej publiki, nieco ciężko skrytykować mi Grubą Przesadę, która okazała się w praktyce raczej Lekką Przesadą. Nie wszystko, co zawarte w tekście będzie związane stricte z tym, co nie do końca siadło na samej gali. Kiedy w harmonogramie WWE pojawia się np. Wrestlemania, przychodzi czas na nieco mniejszy kaliber i zorganizowanie np. Backlash we Francji ze skromniejszą kartą. Mniej więcej tego samego się spodziewałem po Grubej Przesadzie, będącej piątym wydarzeniem PpW w przeciągu trzech miesięcy (!). Choć dwa spośród wymienionych to bardziej spin-offy (współpraca ze Splat!FilmFest oraz Targami Piwa), to nadal naprawdę sporo pojedynków do zrealizowania zarówno dla wrestlerów, jak i personelu federacji.
Tak czy owak, pora subiektywnie podsumować co dokładnie wydarzyło się 25 stycznia w Teatrze Komuna. Grubą Przesadę możecie znaleźć na oficjalnym VOD Ewenementu, a wyczerpujące podsumowanie przeczytacie niezmiennie na Teczkach Polskiego wrestlingu. Wstęp odhaczony, recenzja czas start.
KARTA
PRE-SHOW: Fatal five-way match
Sambor d. Sentinel, Adept Bartosz, Wonder Haze, Atilla
Zanim rozpoczęła się główna część gali prowadzona przez Michaela HT, Joker zapowiedział Fatal Five-Way Match z Atillą dorzuconym w trybie last minute do wcześniej zapowiadanego Fatal Four-Way Matchu pomiędzy Samborem, Sentinelem i adeptem Bartoszem. W ramach pre-show, gościnnie w roli komentatorów wystąpili wówczas Mister Z oraz Olgierd i trzeba przyznać, że był to dobry moment na przyciszenie transmisji.

O ile przester na mikrofonie jest najpewniej celowym zabiegiem, który dodaje surowego klimatu w transmisjach PpW, tak totalny rozjazd poziomów głośności pomiędzy komentatorami, a kimś z mikrofonem w ringu nie tyle dodaje atmosfery, co szans na ogłuchnięcie. Niestety nie szło za bardzo usłyszeć zapowiedzi wrestlerów – tego ile kto ważył czy skąd pochodził – na tle komentatorów zagłuszających Jokera będącego wówczas konferansjerem.
Przejdźmy stąd do pozytywów, a na dzień dobry jest nim chociażby debiutancki występ Adepta Bartosza (gratulacje!). Debiuty są zawsze pozytywnym zjawiskiem, a w tym przypadku także oznaką tego jak świetnie sprawdza się Ewenement Dojo w roli związanej z PpW szkółki wrestlerskiej – jeszcze nie tak dawno oglądaliśmy debiut Adepta Oskara wytrenowanego w tym samym miejscu. Kolejny plus stanowi zestawienie aż pięciu zawodników w walce zaledwie poprzedzającej główną część karty. Jakby nie patrzeć to „tylko” pre-show, więc równie dobrze mogliśmy tu dostać zwyczajny singles match pomiędzy dwoma z piątki uczestniczących.
Starcie trwało zaledwie jakieś siedem minut i wypadło właściwie okej. Cieszy, że wygrana przypadła właśnie Samborowi, który pojawia się w polskich ringach naprawdę regularnie, co wiąże się też z zauważalnymi gołym okiem postępami. Przykładowy aspekt tego rozwoju, to m.in. coraz lepsze odnajdywanie się w skórze heela (np. względem minionego Co Za Nooooc) – tak trzymać! Trochę ciężko mi ocenić pozostałych zawodników, bo jak na pięć osób walka trwała zbyt krótko, aby wypracować sobie tutaj jakąś opinię. Niemniej jednak, możemy zaliczyć otwarcie gali potyczką pięciu zawodników (w tym paru zagranicznych!) do udanych.
GAUNTLET SURVIVOR CHALLENGE
Goblin d. Marcelito, Aron Wake & Bill Feager
Gauntlet otoczony został ciekawą stypulacją – Kwasowy Mesjasz musi trafić na terapię uzależnień, jeśli przegra starcie. Szczerze mówiąc, nabrałem się na ten pomysł i węszyłem tutaj jakiś barwny storyline z segmentami nakręconymi poza ringiem. I spodziewałem się, że starcie będzie właściwie nierówne dla Goblina, a każdy jego kolejny rywal okaże się coraz ciekawszy. Otóż nic z tych rzeczy.
Po pierwsze, porażka Goblina miała dla mnie najwięcej sensu, biorąc pod uwagę jego wielki sukces w niedawnym Ustawka Matchu na PpW: Co Za Noooc. Dopiero co poradził sobie z trzema rywalami w nierównej walce i bookowanie go na kolejnej większej gali, aby ponownie… poradził sobie z trzema rywalami w nierównej walce, to lekka przesada (wink wink). Ani to zaskakujące, ani cokolwiek wnoszące. Ot, kolejny triumf Goblina.
Druga sprawa, to rywale Goblina we wspomnianym challenge’u. Pierwszy wchodzi Marcelito i mój pierwszy wyraz twarzy to oczywiście:

Wiadomym jest, że w drabince trzech przeciwników-niespodzianek, najpewniej zobaczymy wszystkich, czyli przynajmniej pierwsi dwaj wchodzą, aby przegrać. Jeśli ma to już ktoś zrobić, szkoda że jest to akurat Marcelito, który w PpW za dużo nie robił w ostatnich miesiącach poza przegrywaniem właśnie. Od września (!) Marcelito nie wygrał na żadnej większej gali, ani na Hardcore Friday. Chłop trenuje i występuje regularnie, reklamuje się gaszeniem światła rywalom, a mimo to PpW to dla niego aktualnie jedna wielka lampa, w której nie udało mu się zgasić od dawna ani jednej żarówki. Nie wiem dlaczego nie ma na niego jakiegoś lepszego pomysłu (powoli chyba wykluwa się dopiero jakiś heel turn? w wywiadzie po występie Marcelito mówił o dobiciu „deala” z Misterem Z) albo tag teamu albo… czegokolwiek.
I wtedy po eliminacji Marcelito przez Goblina wchodzi… Aron Wake, cały na pokemonowo, aby dołączyć do grona osób, które dają od siebie dużo w ringu w zamian za rolę jobbera i brak większego programu wokół swojej postaci. Tego też nie rozumiem i nawet chętnie zobaczyłbym jak Aron Wake zawiązuje z Marcelito heelowy tag team, aby coś z tym problemem zrobić.
Jakiejś tam rozrywki dostarczył dopiero trzeci adwersarz Goblina, a mianowicie Bill Feager. Nie było to może wielkie zaskoczenie na finał, ale jego eliminacja w kilka sekund po absurdalnie przeciągniętym wejściu na ring wzięła mnie z zaskoczenia i wypadła faktycznie zabawnie. Co jest chyba jedynym plusem wokół tego przystanku podczas Grubej Przesady, niestety.
Vic Golden d. Oskar Alexander (/w Agentka Agatka)
Tutaj z kolei mamy do czynienia z takim poprawnym singles matchem dopychającym kartę walk i jakoś ciężko coś ciekawego mi o nim napisać. Rezultat prawidłowy – Vic Golden robi swój victory lap na kontrakcie legendy i bardzo dobrze, że tak się właśnie dzieje. W przeciwnym narożniku Oskar Alexander pokazał dalszy rozwój swoich wrestlerskich umiejętności i wypadł w tym starciu zwyczajnie dobrze, a heat zbierany przez widownię sprawnie podsycała towarzysząca mu Agentka Agatka.
Gdybym musiał wtrynić jakąś uwagę, to nie byłaby ona nawet związana z samą walką, a tym że w swoim wywiadzie z Jokerem, Oskar mógł wypaść nieco lepiej na mikrofonie w porównaniu ze swoją managerką, która go przyćmiła płynniejszym flow i pomysłem na to, co powiedzieć.
six-man tag team match
Axel Fox, Johnny Blade & Biesiad Strong d. Mister Z, Olgierd & Marco Hammers
Na pewno jeden z najjaśniejszych punktów Grubej Przesady to segment, w którym Axel Fox miał się tylko namyślić odnośnie dołączenia do Zmowy, a de facto okazał się być zestawem paplaniny z walką-niespodzianką w gratisie.
Najpierw pomówmy o tym, co na mikrofonie. Po pierwsze, Axel Fox zaprezentował się świetnie i żywiołowo jako kontra dla Mistera Z. Po drugie, po żywym zainteresowaniu publiki ewidentnie widać apetyt na tego typu rozrywkę podczas gali (zamiast wyłącznie konwencjonalnych pojedynków w harmonogramie). Po trzecie, ucięcie ciekawego promo, niezapowiedziane występy, szarpaniny bez ogłoszonej walki – to wszystko, co składa się na tożsamość wrestlingu i tego czym powinien być, a pojawiło się również tutaj.
PpW moim zdaniem najlepiej w Polsce czuje temat budowania storyline’ów. Tego typu segmenty wychodzą naprawdę organicznie – czy to wywiady z zawodnikami, czy nagrania zakulisowe (w szatni lub gdzie indziej), czy też gadane konfrontacje w ringu. Ogląda się to po prostu super i jest to świetlany przykład dla pozostałych federacji jak powinno się takie rzeczy robić – bez sztuczności, lecz z naturalnym językiem, zaciekawieniem widowni i przede wszystkim pomysłem.
Gadana część wrestlingu to niezbędny klej do feudów, do face turnów i heel turnów, do pushów i właściwie wszystkiego, co związane ze scenariuszem. Podoba mi się także formuła zapełniania przerw w transmisji właśnie wywiadami z wrestlerami po swoich występach, aby dostarczyć jeszcze więcej contentu podczas streama. Te rozmowy w przyszłości byłoby fajnie zresztą wyświetlać również dla obecnej na miejscu widowni, ale może przyjdzie na to jeszcze czas.
W zasadzie mniej mam do napisania o samej walce, bo był to czysty fan service. Trochę rekwizytów, trochę wyczekiwanej kompromitacji Zmowy i oczywiście trochę połamanych stołów. Pozostając w kayfabie, zastanawiam się co ze Zmową, skoro przegrała zarówno tę konfrontację, jak i jesienny Ustawka Match. Związany z face’ami Goblin również radzi sobie doskonale (wygrany gauntlet), więc poza Gustawem Gryfiinem Zmowa przestaje sprawiać groźne wrażenie.
Z ruchów największe wrażenie zrobił powerbomb na stole od Axela Foksa podpięty do finisherów od Johnnego Blade’a i Biesiada na zakończenie starcia. Swanton Bomb od tego ostatniego wyglądał trochę niebezpiecznie dla oka – Biesiad wylądował właściwie prosto na żebra Mistera Z. Zastanawiałem się czy to groźny botch, ale skoro Mister Z chwilę później pojawił się w wywiadzie, to najpewniej wszystko okej.
PPW EUROPEAN ULTRAVIOLENT CHAMPIONSHIP DONKY KONG WEAPONMASTER match
Isnorr (c) d. Stanisław Van Dobroniak
Powracający do ringu PpW Stanisław Van Dobroniak to rzeczywiście świetny kandydat na pretendenta do pasa UltraViolent. Pocieszny gimmick, sensowny skillset i oczywiście prezencja absolutnie over ze zgromadzoną publiką. Walka zapowiadała się tym ciekawiej, że dostaliśmy ją w wyjątkowo egzotycznej stypulacji. Małpa kręcąca się wokół ringu (Donky Kong, nie mylić z Donkey Kongiem!) miała za zadanie dostarczać bronie do ringu. To tyle z teorii, a jak w praktyce?

Powiedzmy to sobie – sporo rzeczy mogło tu pójść lepiej. Przede wszystkim muzyczka zwiastująca nadejście małpy z nową bronią, choć zabawna, to wykolejała jakikolwiek pacing w meczu. Jeszcze zanim przerywnik w tej formie zaczął się trochę przejadać, problem stanowił czas upływający pomiędzy kolejnym uderzeniem theme Donky Konga, a rzeczywistym pojawieniem się Małpy z nową bronią (one eternity later). Wystarczyłby tu dżingiel albo jakiś efekt dźwiękowy plus szybsze zjawianie się pod ringiem. Druga sprawa, to selekcja broni. O ile przyprawienie klasycznych propów wrestlingowych bananami to świeży pomysł (bananowy stół czy krzesło jak najbardziej spoko), tak wpychanie sobie banana do gardła (czy gdzie indziej…) albo poślizgnięcie się na nim to już trochę klimat jak z załączonego wyżej obrazka.
Jestem przekonany, że gdyby PTW zorganizowało ten pojedynek, byłby on wręcz przesadnie zjechany i nominowany do najgorszego meczu w roku. Tu z kolei obiektywniej uważam, że pomysł siadł po prostu średnio – trochę zabawnie, trochę cringowo, z kulawym pacingiem i przewidywalną obroną pasa.
PPW CHAMPIONSHIP match
Gustav Gryffin (c) d. Gabriel Queen (/w Vic Golden)
Jak już nieco wspominałem na relacji z pierwszego Legacy of Wrestling, trafia do mnie pomysł Gustava Gryffina w roli czempiona wspieranego Zmową i licznymi nieuczciwymi patentami, dzięki którym praktycznie nie da się go pokonać w równej walce. Tym bardziej pasowała mi więc niespodzianka z licznikiem czasu odliczającym 15 minut, w których musiałby wyrobić się Gabriel Queen z pokonaniem Gustava Gryffina, człowieka o zwyczajnie zbyt napiętym grafiku na poświęcenie więcej czasu main eventowi Grubej Przesady.
Przy okazji, fajnie oczywiście zobaczyć Gabriela Queena w main evencie. Mamy tu do czynienia z kimś bardzo aktywnym na polskiej scenie, kto pokazał się już w wielu polskich ringach i nie przestaje się rozwijać. Zestawienie z Gustavem miało również sens na tle wydarzeń z mikołajkowego Hardcore Friday. To do czegoś można się w sumie przyczepić?
A no wydaje mi się, że pacing finiszu wypadł trochę ospale. Z kilometra można się było spodziewać zakończenia walki sekundę przed / po czasie, więc przypięcie Gustava aż siedem sekund przy czasie i niezwykle powolne odliczenie do dwóch w pięć sekund jakoś mnie nie przekonało. Być może na żywo dałbym się bardziej „nabrać”, ale na transmisji jakoś tego nie kupiłem. Nawiasem, czerwony licznik odliczający czas w narożniku streama trzeba zaliczyć na plusik.
Podsumowanie
Mając na uwadze nieco booking, a nieco realizację zaplanowanych pomysłów, zaliczyłbym Grubą Przesadę jako średniaka. Nic nie poszło jakoś źle, ale najpewniej zapomnimy o tym show na tle tego, co przygotuje nam PpW w ledwo rozpoczętym 2025 roku. Ba, nawet minione fantastyczne Hardcore Friday 21.000 w moim odczuciu wypadło ciekawiej od Grubej Przesady.
Kiedy kończę to pisać, mam początek marca w kalendarzu, a za niespełna dwa tygodnie czeka nas PpW: Teraz Albo Nigdy. To właśnie tam zobaczymy niesamowicie zapowiadającą się walkę 20-osobową, kolejne obrony pasa i kolejne szalone stypulacje. Jestem zupełnie przekonany, że 15 marca naprawdę trzeba będzie się pojawić na Mińskiej 65 w Warszawie i zobaczyć to wszystko na żywo, do czego zachęcam (bo zostały ostatnie bilety!). Do zobaczenia!
PS. Gdzieś w tym wszystkim zapomniałem wpleść, że Istota Wrestlingu świetnie sprawdził się w roli komentatora. Gigantyczna wiedza i encyklopedyczne nazywanie każdego ciosu z chirurgiczną precyzją robią wrażenie, oby to nie był ostatni raz!
PS2. Licytacja unikalnych pamiątek z PpW w przerwie pomiędzy walkami to świetny pomysł, ale dlaczego ze wszystkich możliwych rzeczy (krzesło, stół, tacka z autografem, cokolwiek mieszczącego się w rękach?) pod młotek poszło akurat coś tak nieporęcznego jak lina? Tu jest jeszcze potencjał na poprawkę!
PS3. Zdjęcie z VOD PpW zostało wstawione do wpisu za zgodą federacji – dzięki!
