Trzecia Lina

prosty blog o polskim wrestlingu

„We Want More!” – WWE Road To Royal Rumble [RELACJA] – Ergo Arena, Sopot (17.01.26 r.)

Pora na trochę relację, a trochę felieton o wszystkim, co związane z pierwszym live eventem WWE w naszym kraju od 11 lat.

Niedawno na łamach bloga podsumowałem częściowo miniony rok w konwencji wyłonienia garści nagród oraz wyróżnień na polskiej scenie wrestlingu (2. część wkrótce). I nie bez powodu końcowa część tego tekstu koncentrowała się na ogromnych kamieniach milowych takich jak sześcioosobowy main event Legacy of Wrestling #4 (!) czy pierwsza gala PpW w Japonii (!).

Popularność naszej ulubionej formy rozrywki sportowej w Polsce zaczęła gwałtowniej rosnąć w ostatnich latach. Częściowo za sprawą ogromu serca i ciężkiej pracy wkładanych nieustannie w polskich organizacjach, a częściowo dzięki znacznie lepszej dostępności transmisji i highlightsów ze światowego wrestlingu zarówno w telewizji, jak i w internecie. Koślawo próbuję tu ubrać w słowa, że kiedy WWE odwiedzało nas po raz pierwszy w 2011 roku, śledziliśmy ich produkt albo za pośrednictwem Extreme Sports Channel (emitującego z polskim komentarzem wszystkie PPV, a także skrócone wersje tygodniówek z miesięcznym opóźnieniem) albo na YouTube w postaci oficjalnych i nieoficjalnych klipów albo… na mniej oficjalnych stronach różnej maści wypełnionych po brzegi reklamami.

Ten krajobraz dla pasjonatów wrestlingu w Polsce zmieniał się krok po kroku. Stopniowo zamieniliśmy zasłużone, pionierskie organizacje takie jak Total Blast Wrestling czy też Do Or Die Wrestling na działające dziś prężnie Kombat Pro Wrestling, Maniac Zone Wrestling, PpW Ewenement, Legacy of Wrestling i Prime Time Wrestling. Natomiast w ramówce dzisiejszego Extreme Sports Channel możemy teraz oglądać nie tylko archiwalne wydarzenia WWE z polskim komentarzem, lecz także aktywnie śledzić AEW, NJPW i inne federacje z całego świata. Samo WWE zaś od stycznia zeszłego roku komfortowo oglądamy wreszcie na Netfliksie (kiedy chcemy, również na żywo!). Nigdy nie mieliśmy też lepszej dostępności do wstecznego katalogu gal WWE niż teraz. Dzięki tym wszystkim pozytywnym zmianom przyciągającym nowych zainteresowanych, jesteśmy aktualnie u szczytu popularności wrestlingu w Polsce, a szczyt ten znajduje się wyżej każdego dnia.

I między innymi właśnie dlatego WWE zdecydowało się na powrót do naszego kraju dokładnie teraz. Oczywiście na tę 11-letnią absencję amerykańskiego giganta na polskiej ziemi złożyły się też inne czynniki: WWE wcześniej zaglądało chętniej do zachodniej Europy, Meksyku czy też Japonii, pandemia zaciągnęła w 2020 roku całkowity hamulec na organizacji światowych tournée, a równolegle Arabia Saudyjska przelicytowała swoje pierwszeństwo w organizacji niektórych gal względem konkurujących państw (i to właśnie tam odbędzie się historycznie pierwsza WrestleMania poza amerykańską ziemią). Jednak to właśnie napędzający się wzajemnie rozwój polskiego wrestlingu oraz zainteresowanie światowym wrestlingiem stanowi istotne tło w poniższej relacji.

„We hear you, Poland”

Są trzy składowe udanej gali. Widownia, organizacja i zaoferowane show. Skupmy się najpierw na tej pierwszej składowej, bo polska publiczność stanowiła teraz gigantyczny atut, który przypieczętował powrót WWE do Polski jako ogromny sukces. Nie mam osobistego porównania z energią naszej widowni w latach 2011-2015 w Warszawie, Łodzi czy też Sopocie. Mam za to absolutną pewność, że roster WWE wystąpił teraz przed żywą, energetyczną publiką, dla której wrestling nie był już tak obcą, niszową rozrywką jak kiedyś.

Vince McMahon miał inną politykę cenową niż dzisiejsze WWE kierowane przez TKO. Dawniej zamiast wygórowanej ceny za pojedynczy bilet, lepiej było sprzedać za tę samą kwotę komplet wejściówek dla czteroosobowej rodziny. Takie podejście z jednej strony gwarantowało więcej zapełnionych siedzeń (sprzyjając żywiołowej atmosferze), a z drugiej strony ułatwiało zarażanie wrestlingiem kolejnych, młodszych pokoleń. I właśnie dlatego kiedy w 2011 roku WWE odwiedziło Ergo Arenę po raz pierwszy, frekwencja dopisała pomimo relatywnie mniejszej popularności naszej ulubionej rozrywki. Nic dziwnego, kiedy najtańsze bilety w sprzedaży regularnej kosztowały 55 złotych, czyli 92 zł wliczając inflację (!).

Dziś za najtańszy sektor przyszło nam zapłacić około 250 złotych i to pod warunkiem wstrzelenia się w niższe ceny dostępne głównie podczas przedsprzedaży dla zapisanych osób. Natomiast już w sprzedaży regularnej często widywałem najdalsze siedzenia za ponad 500 złotych, środkowe miejsca za ponad 700 złotych i krzesełka pod ringiem za czterocyfrowe sumy. Całkiem możliwe, że gdyby w 2011 roku WWE prowadziło tak agresywną politykę cenową jak teraz, nie byłoby mowy o frekwencji gwarantującej kolejną wizytę w naszym kraju.

Star power i karta walk zaoferowana tym razem polskiej widowni również nie wytrzymuje porównania z przeszłością. Zapłaciliśmy więcej, za mniej – mniej zawodników, mniej walk (3 z 4 archiwalnych polskich gal miały 8 walk w karcie, a nie 7). A jednak zjawiliśmy się teraz w Ergo Arenie tłumnie, żywiołowo dopingując przez cały wieczór, dając przez to wyraźnie do zrozumienia o naszym apetycie na więcej.

Stało się tak właśnie dlatego, że my Polacy polubiliśmy mocniej wrestling. Nie potrzebowaliśmy już tanich biletów ani niesamowitej karty, aby świetnie się bawić. Nasza frekwencja przebiła zresztą liczne sąsiadujące w harmonogramie trasy europejskiej wydarzenia. Zaporowe ceny za miejsca bliżej ringu zeszły na drugi plan, kiedy po długiej przerwie mogliśmy ponownie zasiąść na trybunach, aby obejrzeć na żywo u siebie galę od największej federacji pro wrestlingu na świecie. I śledziliśmy ją wyjątkowo aktywnie. Doświadczenie zgromadzone podczas kibicowania na coraz popularniejszych eventach polskich federacji znalazło teraz swoje wyraźne odzwierciedlenie w chantach. Przewijały się zarówno klasyczne okrzyki pokroju „this is awesome„, jak i nasze rodzime „oddaj lampę„, „było trzy” czy „sędzia ch*j„.

Notabene, trochę nie wiem skąd bierze się w Polsce grono przeciwników wulgarniejszych chantów w stronę Amerykanów. Tego typu akcenty „zdobią” wrestling na całym świecie od zarania dziejów. Gdzieniegdzie w polskim internecie przewijają się głosy, że jeśli będziemy dla WWE niegrzecznie chantować, to WWE do nas nie przyjedzie (?). WWE to nie jest przecież święty Mikołaj, omijające niegrzeczne dzieci na swoich trasach. WWE to firma, która musi generować zysk. I jeśli ten zysk przynosi także wizyta w Polsce, to możemy być już spokojni. Tak po prostu. Zresztą „Shut the fuck up” wykrzykiwane donośnie kiedy nielubiany wrestler bierze do ręki mikrofon jest często cenzurowane w USA, niekiedy nawet co tydzień. Nie różnimy się na tym polu też od innych państw w Europie. Nie miejmy sobie nic do zarzucenia.

Właściwie polska publika zrobiła na tym evencie tak świetną robotę jak francuscy czy włoscy fani u siebie. Dopingowaliśmy po europejsku – nie tylko w tradycyjnymi okrzykami, lecz także po swojemu, czyli w sposób rozpoznawalny na całym świecie, nieporównywalnie głośniejszy od poziomu decybeli panującego na standardowej edycji RAW czy SmackDown w USA. Jeśli ten powrót do naszego kraju miał być swego rodzaju egzaminem dla polskiej widowni, to zdaliśmy go na szóstkę.

*card subject to change

Kilka słów o samej organizacji. Zabawnym zbiegiem okoliczności kiedy WWE wróciło do Polski po 11 latach, my czekaliśmy w odczuwalnych -11°C pod Ergo Areną na otwarcie drzwi. Z jakiegoś powodu, w takim mrozie, drzwi otwarto 20 minut później niż obiecywano. Ale właściwie dlaczego? Później na szczęście było już lepiej. Standardowe kwestie (szatnia, merch, bar) zorganizowano sprawnie i poza drogawymi przekąskami chyba nie bardzo jest się do czego przyczepić. O, jeszcze selekcja dostępnego merchu mogła być w sumie lepsza. I tyle.

Tym, o czym chciałbym się jednak bardziej rozpisać jest sama karta. Kto porównywał obsadę eventów w sąsiadujących eventach podczas tej trasy, ten wie, że poniższe akapity nie będą dla osób o wrażliwym żołądku z mindsetem „hey man, leave the multibillion company alone„, bo powiedzmy to sobie: karta polskiego eventu wypadła ostatecznie bardzo chudo.

Cody Rhodes pod koniec eventu na mikrofonie mówił, że aby do nas dotrzeć ekipa WWE musiała załadować się na samolot Jet2 (tak, tego Jet2 z memów). Wynajęcie czarteru od słynnej, taniej linii lotniczej z Wielkiej Brytanii nie brzmiało jak zaplanowana niedogodność, a raczej jak sugestia, że przed naszą galą pojawiły się pewne problemy logistyczne, które mogłyby być przecież podyktowane wieloma czynnikami, począwszy od wyjątkowo mroźnej pogody.

I najpewniej właśnie dlatego w karcie polskiej gali pojawił się taki kwiatek jak walka Bayley (z Lyrą Valkyrią) vs Raquel Rodriguez (z Roxanne Perez), a nieco później… Lyra Valkyria (z Bayley) vs Roxanne Perez (z Raquel Rodriguez). Ewidentnie rozbito tutaj walkę tag teamową, aby kolanem dopchać kartę za część rosteru WWE, która nie mogła do nas dotrzeć. Podobnie sprawa wygląda w przypadku walki Je’Von Evans vs Bron Breakker, po której oglądaliśmy Je’Von Evans & CM Punk vs Bron Breakker & Bronson Reed. Czyli w czterech na siedem walk wystąpiły te same gwiazdy, aby jakoś zapełnić harmonogram – trochę lipa.

Jeszcze dziwaczniej sprawa wygląda według WWE.com i rubryki „Featured Superstars” na stronie naszego wydarzenia. Według tamtejszych informacji mieli nas odwiedzić m.in. Jey Uso, Tiffany Stratton, LA Knight i Jacob Fatu (oczywiście również z zastrzeżeniem, że wszystko może się zmienić). W listopadzie Live Nation Polska informowało nas natomiast, że w Ergo Arenie wystąpią Kabuki Warriors, Alexa Bliss, Charlotte Flair, Jade Cargill, Tiffany Stratton. I ja oczywiście wiem, że ostatecznie „card subject to change„, ale pytanie za milion dolarów brzmi: how much?

Kilka dni przed eventem Live Nation wstawiło taki post:

(link do posta)

Co z tych trzech walk „wieczoru” się zgadza? Właściwie tylko ostatnia. Walka o pas WWE Undisputed nie była w formule „No Disqualification”. Właściwie to walkę zakończyła właśnie… dyskwalifikacja, po której dopiero złamano stół ku uciesze publiczności. Walki o pas wagi ciężkiej w ogóle nie było. CM Punk nie zrobił nawet swojego wejścia, bo po prostu w kilka sekund dobiegł do trwającej walki, którą przekształcono następnie w tag team match z jego udziałem. Nie była to też „walka wieczoru”, bo walka do której dołączył CM Punk otwierała całą galę. Z rozpiski organizatora zgadza się tylko fakt, że Maxxine Dupri rzeczywiście zawalczyły o pas interkontynentalny z Becky Lynch (w naprawdę dobrej walce). Czy naprawdę Live Nation dwa dni przed wydarzeniem nie było w stanie zapowiedzieć chociaż trzech walk, które faktycznie miały się u nas odbyć? Według tego posta pojawić miał się u nas też Ilja Dragunov oraz The Kabuki Warriors. Czy chwilę przed galą wciąż nikt nie miał pojęcia, że te gwiazdy ostatecznie do nas nie dotrą?

Karta, nawet w przypadku nietransmitowanego house show, nie powinna być aż takim kotem w worku. Zawsze jest jakieś grono osób, które swoją decyzję o kupnie biletów opiera na obsadzie danego wydarzenia, bo np. chce zobaczyć swoich faworytów i według tego decyduje czy wybierze się na galę w Polsce czy chociażby w Niemczech. Pomijam już ceny biletów, które też na swój sposób powinny zobowiązywać do większej rzetelności w dotrzymywaniu słowa przy ogłaszanych gwiazdach czy walkach. Spróbujmy wytłumaczyć entuzjaście MMA, że musiałby zapłacić za swój bilet parę miesięcy wcześniej, a ogłoszona przez organizatora karta nawet 2 dni przed galą mija się z rzeczywistością – ale to jest w sumie spoko, bo wszystko może się zmienić i tak naprawdę nie wiemy za co płacimy.

I wiem, że to jest wrestling. Wiem, że karta zawsze może się zmienić. Ale od którego momentu mówimy o akceptowalnych przetasowaniach, a od którego o reklamacji zakupu, bo po prostu nie dostajesz tego, za co przecież zapłaciłeś? Taką sytuację można przyrównać do Open’era w 2022 roku, kiedy po ewakuacji i anulacji wielu koncertów (w tym występu headlinerki), Alter Art samodzielnie podjął decyzję o rekompensacie w postaci zniżki na kolejne edycje festiwalu dla poszkodowanych. We wrestlingu nigdy nie ma mowy o takich rzeczach jak rekompensaty, bo przecież „card subject to change„, ale… może powinniśmy wreszcie zacząć o nich mówić w takich sytuacjach? Coś mi mówi, że gdyby analogicznie 10 000 osób kupiło bilet na festiwal, a na miejscu połowa lineupu byłaby inna niż zapowiadano kilka miesięcy wcześniej kiedy sprzedawano bilety, posypałoby się nieco więcej krytyki.

Nie broni się również star power. Zacznijmy od tego, że na show w Ergo Arenie bilet dorwało aż 9808 osób. Dla porównania, w Lipsku sprzedano 4368 biletów, a w karcie oprócz 5 indywidualnych zawodników i 2 tag teamów obecnych u nas w Sopocie przewinęli się także: AJ Styles, Dragon Lee, The New Day, Gunther, Sami Zayn, Alexa Bliss, Charlotte Flair, Kabuki Warriors, Liv Morgan oraz Jey Uso. Podobnie, bilans wygląda równie niekorzystnie kiedy patrzę na styczniowy event w Kopenhadze (5201 biletów, 8 walk a w nich m.in. Finn Balor czy Shinsuke Nakamura) czy też w Brukseli (4002 sprzedanych miejsc, oprócz „wspólnej” części rosteru w karcie obecna chociażby Iyo Sky).

Niezależnie czy wyraźnie najskromniejszą obsadę podczas tej dwutygodniowej europejskiej trasy podyktowała pogoda, sceptycyzm wobec frekwencji w Polsce czy też inne czynniki, jedno jest pewne. Mogło być lepiej. Przy naszej frekwencji przewyższającej ponad dwukrotnie wyniki osiągnięte w Belgii czy też w Danii, ciężko uzasadnić braki w karcie polskiej gali.

Tak czy owak, przejdźmy wreszcie do omówienia poszczególnych walk!

KARTA

Bron Breakker d. Je’Von Evans

Show zaczęło się z wysokiej nuty. Obydwaj panowie dostarczyli nam naprawdę niezłą walkę na początek show. Je’Von Evans – fantastycznie skoczny, szalenie widowiskowy i wcale nieoszczędzający swoich popisów na nietransmitowanym house show. Bron Breakker – patrząc na niego widzi się tak naprawdę młodego Batistę na początku kariery, absolutna dominacja w ringu, a najlepsze dopiero przed nim.

CM Punk & Je’Von Evans d. Bron Breakker & Bronson Reed

Szczerze? Wolę pierwszą walkę. Udział CM Punka w tej rywalizacji był wyjątkowo koślawy. Chłop dobiegł w koszulce do zamieszania w ringu (co było właściwie całkiem fajnym momentem, bo muzyka CM Punka pojawiła się kiedy publiczność wyraźnie chantowała, że chce go teraz zobaczyć) i na tym etapie myślałem, że to tylko interwencja na rozgrzanie publiczności, po której zobaczymy odrębną indywidualną walkę mistrza wagi ciężkiej z pełnym wejściem, które da nam okazję zaśpiewać jego theme song.

Tak się jednak nie stało. CM Punk po prostu dołączył wraz z Bronsonem Reedem do rywalizującego duetu z poprzedzającej walki i wziął udział w tag team matchu o przysłowiowe złote kalesony (zapomnijmy o zapowiadanym main evencie o pas WHC). W tag teamie zwyczajnie nie zobaczyliśmy tyle CM Punka, ile chcieliśmy zobaczyć.

Trzeba docenić oczywiście miłe akcenty takie jak pozowanie z polską flagą czy „dziękuję, dobranoc!” rzucone na mikrofonie przez panującego mistrza oraz pełno drobnych interakcji z fanami w pierwszych rzędach. Niemniej jednak, szkoda że nie był to solowy występ i że wejście Punka sprowadziło się do paru sekund przedwcześnie przerwanego „Cult of Personality” podczas sprintu do The Vision panoszących się na ringu. Może następnym razem.

Raquel Rodriguez /w Roxanne Perez d. Bayley /w Lyra Valkyria

Pod kątem technicznym, w tej walce zobaczyliśmy większe show niż w późniejszym „symetrycznym” starciu z udziałem sidekicków. Choć doświadczenie ringowe Bayley zrobiło swoje, to Raquel Rodriguez słusznie wygrała ten pojedynek jako część wziąć pushowanego The Judgment Day. Notabene, Bayley jak to Bayley, naprawdę przyłożyła się do kontaktu z widzami i dobiegła nawet do kibicującej jej fanki trzymającej znak w oddali. To się ceni!

The Wyatt Sicks d. MFT

Cieszę się, że zobaczyliśmy u nas wejście The Wyatt Sicks i mogliśmy im trochę pokibicować. Zobaczyliśmy Sister Abigail i pokrzyczeliśmy na MFT, żeby „oddali lampę” – czego chcieć więcej? Ergo Arena zapełniona światełkami była jednym z najlepszych momentów całego show. W ringu także działo się naprawdę sporo (ciężko o brak wrażeń przy tak mocno obsadzonej walce), więc wszystko w sumie na plus.

Lyra Valkyria /w Bayley d. Roxanne Perez /w Raquel Rodriguez

W tej walce zapamiętałem bardziej naprzemienne generowanie heatu i popu wśród fanów oraz wzajemne targanie się za włosy niż jakieś spektakularne momenty. Największy pozytyw stanowi tutaj ponownie nasza publiczność, zwłaszcza gdy Lyra Valkyria wchodziła do ringu. Wyraźnie dodaliśmy jej skrzydeł (badum ts) chantując głośne „woo!” do jej muzyki.

wwe women’s intercontinental championship
Becky Lynch (c) d. Maxxine Dupri

Jeszcze kilka miesięcy temu nie kojarzyłem nawet Maxxine Dupri. Jej panowanie z pasem interkontynentalnym zostało zakończone zdecydowanie przedwcześnie (jedna z licznych „świetnych” decyzji bookingowych w Netfliksowej erze WWE). Mimo to, Maxxine Dupri pozostaje na ten moment jedną z najciekawszych zawodniczek w dywizji kobiet, a ta walka tylko temu dowodzi. Becky Lynch oczywiście również wypadła świetnie i dalej pozostaje najciekawszym kobiecym heelem w federacji.

Fantastycznie, że zobaczyliśmy suplex z trzeciej liny w ramach wielkiego finału tego pojedynku. Taka akcja nie trafiła się fanom nawet podczas RAW odbywającego się kilka dni później, na którym obie zawodniczki ponownie stanęły przeciwko sobie.

undisputed wwe championship
Cody Rhodes d. Drew McIntyre (c) via DQ

Co ciekawe, początkowo Cody Rhodes nie zbierał zbytnio popu od polskiej publiczności. Dopiero kiedy Drew McIntyre „skorygował” odbiór obu stron tego main eventu obrażając nasze wynalazki z pierogami na czele, wyraźnie zaczęliśmy kibicować Cody’emu i nienawidzić panującego szkockiego mistrza WWE.

To było spoko. Generalnie ucinanie małych segmentów na mikrofonie podczas house show takiego jak ten to dobry pomysł. Mimo że ten main event nie stanowił właściwie najmocniejszej pozycji w karcie (tak technicznie patrząc, to walka o pas IC kobiet wypadła w sumie najlepiej), zobaczyliśmy czołowe gwiazdy WWE w rywalizacji o najważniejszy pas i to się liczy.

Podsumowanie

Odnośnie samego main eventu, najważniejszy był tak naprawdę jego epilog, w którym Cody Rhodes przemówił do nas i zaadresował słonia w pokoju, tj. 11-letnią absencję WWE w naszym kraju, a także wręczył fragment stołu zniszczonego po walce jednemu z najmłodszych fanów w przednim rzędzie. Profesjonalnie nakręcony klip z tamtych chwil wylądował nawet na social mediach WWE z dopiskiem „We hear you, #WWEPoland!„, a to już naprawdę coś znaczy. Oprócz tego, na socialach federacji wylądowały także chociażby klipy z CM Punkiem.

Po takich komunikatach możemy być pewni, że niesamowita energia dostarczona przez fanów tamtego wieczoru została zauważona. Myślę, że możemy się spodziewać prędkiego powrotu WWE w naszym kraju. Realistycznie patrząc, najpewniej otrzymamy kolejny house show w przyszłym roku. Optymistycznie jednak, nie wykluczałbym SmackDown. Frekwencja w okolicach 10 000 fanów jest wystarczająca do tygodniówki, a raczej nie byłoby problemu żeby ją ponownie osiągnąć w piątkowy wieczór, kiedy w grę wchodziłoby show zrealizowane z większym rozmachem i transmitowane na całym świecie. A gdyby tygodniówki przyznawano poszczególnym europejskim krajom przede wszystkim według tego jak licznie i jak głośno ich mieszkańcy domagają się dokładki, bylibyśmy w czołówce faworytów. A to przecież wielki sukces.

Patrzcie, dwie walki o pas WHC! (link do posta)

PS. Swoją drogą, ogłoszenia na fanpage’u Live Nation były tak najeżone błędami, że warto poświęcić im mały, osobny akapit. Według postów organizatora, Cody Rhodes posiadał pas World Heavyweight Championship, a nie WWE Undisputed Championship, a Becky Lyncha trzymała ponownie pas interkontynentalny kobiet już w listopadzie. Innymi słowy, ten jesienny post zaspoilerował, że Maxxine Dupri wkrótce straci swój pas.