Zaledwie dwa tygodnie od wdrożenia w życie planu wrestlingowej ekspansji terytorialnej, który rozpoczął się od Wjazdu na Rewir we Wrocławiu, PpW powróciło do swojej stolicy z kolejnym show. Pierwotnie planowany w mniejszej sali Surowy Klimat najwidoczniej przerósł oczekiwania w zakresie sprzedaży biletów i odbył się ostatecznie w pojemniejszej, kultowej sali „kolumnowej” z PpW: Co Za Nooooc. Ale czy tak obiecujący popyt przełożył się na równie solidną podaż?

Wstęp do tej recenzji będzie krótki z przewidywalnego powodu: nie było mnie tam. Obejrzałem sobie całą transmisję na VOD przed telewizorem i dlatego też wpis ozdabiam moim losowym zdjęciem tej samej sali zrobionym w trakcie zeszłorocznego PpW: Co Za Noc. Notabene, od tamtego eventu minął już ponad rok, a był to przecież debiut warszawskiego Ewenementu na Mińskiej 65. Sukces tamtego debiutu obserwujemy do teraz. To już piąta gala Ewenementu w tym kompleksie i warto nadmienić, że poprzednie trzy odbyły się pod dachem jeszcze pojemniejszej Hali Labo (mieszczącej do 1000 osób), a jedna spośród nich to sold out.
W tym imponującym bilansie Surowy Klimat pierwotnie przewidziano jako kolejne show na tym samym terenie, lecz w nowej, mniejszej sali z wyjątkowo ograniczoną pulą dostępnych biletów. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te plany – zainteresowanie okazało się zwyczajnie zbyt duże, a w rezultacie federacja „awaryjnie” musiała powrócić do sprawdzonej sali kolumnowej z PpW: Co Za Noc. Najwidoczniej fanbase PpW jest już zbyt liczny na skromne plany o mniejszych galach – opisywany głód przemocy wykształcił się przecież w nieco ponad miesiąc od poprzedniej „dużej” gali na Mińskiej 65, tj. Mistrzowskiego Rozdania 2. Zatem czy udało się cały ten głód zaspokoić?
KARTA
ppw tag team championship tournament
Oskar Alexander & Vic Golden d. Sentinel & Wonder Haze

Średniawka. Mogę tu tylko powtarzać to, co ostatnio pisałem na temat Rodziny z naciskiem na: „Kiedy widzę Oskara w walce, spodziewam się że przybiegnie Agatka. Kiedy walczy Agatka, najpewniej pomoże jej Oskar”. Tym razem walczył Oskar, więc znowu przybiegła Agatka – łał. Klasyczny myk z odwróceniem uwagi i kolejna wygrana dla Rodziny. Na domiar złego, finisz tego starcia był zupełnie płaski – ani nie współgrał z ożywieniem publiczności, ani nie wiązał się z żadną ciekawą akcją. Po prostu sobie był.
W drugim narożniku mieliśmy natomiast węgierskich luchadorów, którzy do Warszawy mają dość daleko, a jednak regularnie przewijają się w PpW i dostarczają do ringu kawał dobrej roboty. Nie widzę nic, co w tym zestawieniu uzasadniałoby zabookowanie ich jako przegranych tego pojedynku. Widowiskowy highflyerski tag team kontra przesadnie pushowana stajnia wygrywająca wszystko i wszędzie w nudny, oklepany sposób. Zawód.
Max Speed d. Asara
A to się nawet fajnie oglądało. Asara pojawił się w ringu PpW po raz drugi w dość krótkim czasie i ponownie naprawdę przyłożył się do swojego udziału w tej walce. Max Speed zdecydowanie zaś dotrzymał mu kroku i zasłużenie wygrał cały pojedynek.
Niespodziewany „highlight” całej tej konfrontacji stanowi dla mnie zabawny botch z przypadkowym odliczeniem do trzech. Sędzia Kornel wyraźnie klepnął w matę trzykrotnie, ale ku zaskoczeniu publiki odliczył pin Maksa Speeda zaledwie do dwóch. Żeby było śmieszniej, zadzwonił nawet gong potwierdzający w takiej sytuacji przypięcie do trzech, czyli koniec starcia. Max Speed zdołał jednak poprawić wspomniany koślawy pin spektakularnym finiszem i skasować na swoim koncie kolejne zwycięstwo. Oby tak dalej!
Gabriel Queen d. Agentka Agatka
Jeśli ktoś czytał na co narzekałem podczas poprzedniego Intergender Matchu Agentki Agatki, to tym razem… może wyrzucić cały mój komentarz do kosza, bo Agentka Agatka zaliczyła właśnie swój najlepszy występ w PpW.
Po pierwsze, przewinęły się ciekawe rekwizyty – od jarzeniówki (notabene po dłuższej nieobecności) przez nóż do pizzy (?) aż do klasycznych krzeseł czy stołów. Po drugie, w przeciwieństwie do minionej potyczki Agatki z Johnnym Bladem, obie strony tej walki przyjęły równie dużo na klatę – od trudnych bumpów, aż po bolesne spoty z wykorzystaniem broni. Po trzecie, nie zabrakło tutaj momentu w stylu „if wrestling is fake, explain this„, w którym Gabriel Queen ubrał koszulkę Sędziego Seweryna i odliczył jego przypięcie przez Agatkę, w absurdalny sposób usypiając czujność rywalki przedwcześnie świętującej swoje „zwycięstwo”. I co najważniejsze, udało się to w przekonujący dla publiczności sposób sprzedać!
Żeby nie było za różowo, interwencja ringowa Oskara i Vica Goldena była w moim odczuciu zbędna, bo zwyczajnie osłabiała wizerunek kogoś, kto dopiero co dawał sobie samodzielnie radę 1 na 1 z groźnym przeciwnikiem. No cóż, przynajmniej wyniknął z tego błyskotliwy plot twist z „Legendą Polskiego Wrestlingu” omyłkowo częstującą Agatkę uderzeniem krzesłem prosto w głowę.

Za spektakularne zwieńczenie tego punktu wieczoru posłużyła niebywale groźna akcja, w której to Gabriel Queen rzucił Agentkę Agatkę z trzeciej liny wprost na stół. I chociaż właśnie on wygrał, gdyby wcześniejsza kontra Agentki Agatki zsyłająca Gabriela Queena wprost na owinięte drutem krzesło miała zakończyć tę konfrontację na jej korzyść, to również nie byłoby na co narzekać. Świetny pojedynek!
Biesiad Strong d. Robert Star
Swego rodzaju werdyktem może być tutaj fakt, że siadam do opisania tej walki kilka dni po obejrzeniu całej gali, a to jest jedyna, której w sumie nie pamiętam. Nic wielce ciekawego się tu nie wydarzyło oprócz znanego i lubianego swanton bomba z drabiny na stół od Biesiada w ramach finishera.

Na plus zaliczam jeszcze długą wymianę ciosów w tłumie, a na minus chociażby koślawo zrealizowane pchnięcie na stół w narożniku. Najistotniejszym, niezrozumiałym aspektem będzie tutaj dla mnie jednak booking. Robert Star dopiero przeszedł heel turn, nie lepiej żeby to on tutaj wygrał i zebrał trochę dodatkowego heatu na rozruch w nowej odsłonie? Nie rozumiem.
trial by blade
Johnny Blade d. Antoni Ocean
Oddajmy najpierw cesarzom, co cesarskie. Czy Johnny Blade to pionier ultraviolentu? A no owszem. A czy Antoni Ocean zaliczył niedawno udany debiut i prezentuje się obiecująco na tle reszty rosteru? Również się zgadza. Tylko czy te dwa fakty przełożyły się pozytywnie na jakość tego przystanku w rozkładzie Surowego Klimatu? Oj, absolutnie nie.
To starcie stanowi typową we wrestlingu karuzelę od przedmiotu do przedmiotu. I oprócz boleśnie wyglądających przyjemności zrealizowanych metalową blachą lądującą na cudzej głowie oraz stołu owiniętego drutem kolczastym, nie znalazłem tu nic ciekawego. Ani niegroźna wymiana liści pomiędzy zawodnikami siedzącymi na krzesłach, ani powolny pacing, ani stawka na szali nie uzasadniają tak wysokiej pozycji tej rywalizacji w karcie gali.
Johnnemu brakuje ostatnio długoterminowego nemesis, a Antoniemu być może dobrze zrobi tymczasowa koncentracja na dywizji tag teamowej, w której do zdobycia są nowiutkie pasy.
One for all tag team match
Mister Z, Marco Hammers & Olgierd d. Gustav Gryffin & Goblin
Po ostatnim, rozczarowującym main evencie otrzymaliśmy silną odtrutkę. Niecodzienny duet w postaci Goblina oraz Gustava Gryffina stanął razem przeciwko Zmowie reprezentowanej przez Mistera Z w towarzystwie Legii Łysych. Zanim przyjdzie czas na kilka słów o obecnym w tym pokoju słoniu, a właściwie lisie, trzeba otworzyć worek z pochwałami na temat całej reszty.
Warsztatowo? Znakomicie, z wyróżnieniem chyba dla Mistera Z operującego chirurgicznie czystymi pod względem technicznym przerzutami, dźwigniami oraz kontrami naprzemiennie z akrobatyką – a wszystko to w heelowym sosie podgrzewanym nienawiścią widowni.
Storyline’owo (jeszcze nie o epilogu, lecz o samej walce)? Równie kapitalnie. Zarówno Goblin, jak i Gustav wyśmienicie sprzedali swoją nietypową kooperację w ringu – od wspólnych akcji poprzez sprzeczki słowne aż do rzucania sobie kłód pod nogi w niektórych momentach. Legia Łysych także nie zaprezentowała się tutaj przezroczyście – zwłaszcza kiedy przyszedł czas zrobić kolejną serię pompek nad rywalem.

I wreszcie, porozmawiajmy o tym heel turnie Axela Foksa. Czy potrzebny? Całkiem możliwe. Czy dobrze zrealizowany? Myślę, że tak. Czy jest zatem coś, co bym tutaj zmienił? Otóż… Fox niemal rok temu (PpW: Gruba Przesada) dość wyraźnie odmówił Misterowi Z dołączenia do Zmowy, oczywiście pozostając wówczas w face’owym wizerunku. Wiodące w objęcia Zmowy pasmo porażek na ostatnich galach to dla mnie dosyć banalna podstawa tego heel turnu i można było go uzasadnić nieco kreatywniej.
Na dzień dzisiejszy Zmowa vs reszta świata staje się operą mydlaną trwającą już ponad rok. Podobno Ledwo Legalne 5 miało domykać pewne wątki i stanowić nowe otwarcie, a tymczasem dwa główne filary PpW to dalej przeważnie storyline Zmowy oraz feud zbudowany wokół rozpadu Pure Gold w towarzystwie losowych singles matchów.
Czy nie lepiej byłoby tutaj zobaczyć heel turn zbudowany wyłącznie na egoizmie oraz odwróceniu się plecami od Goblina? Czy nie byłoby ciekawiej zobaczyć jak Fox najpierw odwraca się od swojego tag team partnera, a później od Zmowy i zaczyna wreszcie rozdawać karty kompletnie na własną rękę, nie będąc pod niczyimi skrzydłami (a przy okazji odpoczęlibyśmy wreszcie od niekończącej się sagi Zmowy)? To pytanie zostawiam otwarte.
Podsumowanie
PpW: Surowy Klimat wypada w ostatecznym rozrachunku nieco lepiej od Wjazdu na Rewir. Przewinęły się znowu lepsze (zwłaszcza main event oraz Agatka vs Queen) i gorsze walki, ale nie było to raczej show tak mocne jak chociażby Mistrzowskie Rozdanie 2.
Wkrótce zobaczymy co przyniosą Mikołajki w wykonaniu PpW oraz głośny debiut Ewenementu w Gdyni tuż obok gali KPW Arena 31. Co o tym sądzę, to napisałem już ostatnio. A jeszcze zwięźlej podsumował to niedawno ktoś na Facebooku. Powiedzmy dyplomatycznie, że w skrócie to wolałbym zobaczyć w styczniu Royal Rumble Match z udziałem rosterów KPW i PpW niż dwa osobne wydarzenia. I będę to zdanie powtarzał przez jakiś czas, aż być może dotrze do właściwych osób.
A do tego czasu najpewniej pora powoli kierować wzrok na budzące się znów do życia Legacy of Wrestling. I na tej nucie zakończmy, wypatrując naszej wrestlingowej zimy w Polsce.
