Trzecia Lina

prosty blog o polskim wrestlingu

PpW: Wjazd Na Rewir [RELACJA] – Zaklęte Rewiry, Wrocław (24.10.25 r.)

Rozwijające skrzydła PpW rozrasta się aktualnie nie tylko pod kątem rozmiaru swojego rosteru czy liczby pasów, ale także pod kątem odwiedzanych… terytoriów (bardzo modne słowo ostatnimi czasy, co nie?). Jak zatem zaprezentował się pełnoprawny debiut PpW we Wrocławiu?

Postaram się, aby ta relacja była możliwie treściwa i zwięzła zarazem. Po pierwsze kiedy to publikuję już za moment odbywa się PpW: Surowy Klimat, a po drugie waląc prosto z mostu kaliber wydarzeń na wrocławskiej gali nie zaoferował czegoś niesamowitego względem konwencjonalnych, warszawskich gal (zwłaszcza tych na Hali Labo).

Nie jest to oczywiście minus. Dla każdego entuzjasty wrestlingu we Wrocławiu z całą pewnością nie lada gratką była możliwość zobaczenia naszej ulubionej rozrywki sportowej w wydaniu innym niż to, co oferuje Wrocławiakom znane i lubiane MZW. Więc tak sobie myślę, że gdybym właśnie oceniał to show z perspektywy Wrocławiaka (nieśledzącego wcześniej zbytnio Ewenementu) byłbym zachwycony.

Miejscówka zdecydowanie dopisała. Wraz z panowaniem mistrzowskim Goblina nastała w PpW tzw. era odklei, a Zaklęte Rewiry wpasowały się w ten okres wprost idealnie. Nie zabrakło oczywiście piwa i bardziej przyziemnych rzeczy takich jak szatnia czy czas na zdjęcia w ringu z wrestlerami podczas przerwy. Zdziwiła mnie jedynie ochrona sprzeciwiająca się wnoszeniu butelek plastikowych na wydarzenie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, jeśli chodzi o sprzedaż napojów na barze, ale… metalowe butelki były już okej. W jaki sposób metalowa butelka jest w tłumie bezpieczniejsza od plastikowej, hm?

To taka mała dygresja. Ważniejszy jest oczywiście wrestling i najwyższy czas się na nim skupić.

KARTA

SEGMENT: PpW odsłania pasy tag teamowe

Rewelacyjna wiadomość! PpW uroczyście ogłasza start zmagań o tytuł mistrzów tag teamowych na kolejnej gali i odsłania mistrzowskie trofea tej dywizji. Jako zagorzały orędownik większej liczby pasów na polskim podwórku (o czym notabene pisałem już wiele razy, zwłaszcza pod kątem mid-carderów i low-carderów w PpW oraz LoW), jestem mega zadowolony że w końcu zobaczymy więcej starć o pasy w kartach wydarzeń organizowanych przez warszawski Ewenement. Jest przecież tylu znakomitych zawodników w rosterze PpW zasługujących na te tytuły. Tylko kto będzie pierwszy?

Ale to nie koniec pochwał – przecież te pasy wyglądają wprost świetnie! Jak dotychczas za najładniejszy pas na naszej scenie uważałem KPW OldTown, ale nie wiem czy to nadal aktualne patrząc na najnowsze laury w dorobku PpW. Kapitalna, oldschoolowa estetyka przeplatająca się z charakterystycznym fioletem wygląda po prostu genialnie. To design nie tylko przykładający swoją cegiełkę do prestiżu federacji, ale również – nie bójmy się takich porównań – bijący na głowę współczesne, zabawkowe i korporacyjnie do bólu projekty tytułów samego WWE. Brawo!

tag team match
Antoni Ocean & Shadow vs Bartosz Plata & Axel Fox

Za opener Wjazdu na Rewir posłużyło starcie właściwie dwóch generacji wrestlerów wymieszanych razem jako rywalizujące duety. Co ciekawe, kiedy obserwowałem w ringu świeższą krew, a mianowicie Antoniego Oceana i Bartosza Platę, nie miałem zbytnio wrażenia że oglądam dwóch gości z wyraźnie krótszym doświadczeniem od swoich tag teamowych partnerów. Przewinęły się zarówno stiffowe, kultowe już chopy w wykonaniu Bartosza, jak i naprawdę wyróżniające się, unikatowe ruchy Antoniego – niestety jestem jak zwykle beznadziejny z nazewnictwa wrestlingowego, więc nie mogę przywołać tutaj konkretnych nazw.

I mimo że ten duet oglądało mi się dobrze, akcja przeskakiwała wyraźnie na wyższy bieg kiedy następował tag, a w ringu ścierali się ze sobą Axel Fox oraz Shadow. Ewidentnie było widać ten dłuższy staż w ringu, przekładający się momentalnie na płynniejszy pacing, staranniej zrealizowane ruchy i naturalnie większy hałas ze strony ożywionej widowni.

Przyjemnie się to oglądało, miło widzieć push dla Antoniego w tandemie z triumfem Shadowa w PpW – u siebie we Wrocławiu, lecz nie w rodzimym MZW.

fIRST blood match
Agentka Agatka d. Johnny Blade

Trochę nie kumam tego pomysłu. Johnny Blade obsadzony w First Blood matchu to gwarancja hardcorowych spotów z wykorzystaniem krwawych, bolesnych rekwizytów. Klasyczne Intergender matche same w sobie są już kiepsko zbalansowane, bo zazwyczaj sprowadzają się do tego, że żeńska część starcia jakoś wygrywa mimo braku fizycznej przewagi w ringu. Tutaj dochodzi dodatkowo ten aspekt, w którym widz PpW może w ciemno zakładać, że wszystko co związane z krwią i bólem w walkach z udziałem Johnnego skupi się jak zwykle na Johnnym. Rezultat? Przewidywalność do kwadratu.

Niestety PpW, jak każda inna federacja w Polsce, mierzy się z problemem deficytu kobiet w rosterze. I wiadomo, że z tej właśnie przyczyny Intergender matche muszą się przewijać od czasu do czasu w kartach wydarzeń PpW. Można tu było jednak przynajmniej dobrać sensowniejszą stypulację.

zmowa gauntlet match
Gustav Gryffin d. Emil Völler, Tony Sheen, Max Speed & Asara
Mister Z d. Gustav Gryffin

Króciutko. Gustav Gryffin to absolutny, niekwestionowany MVP tej gali. Świetnie, świetnie, świeeeeeeeeeeeetnie oglądało się ten gauntlet. Było w nim wszystko. Starcia wolniejsze (heelujący doskonale Emil Völler), starcia szybsze (oczywiście Max Speed), czy też starcia błyskawiczne (debiutujący w barwach PpW Tony Sheen). A co najważniejsze, znalazło się także miejsce na starcie kompletne, bo tylko tak można określić kulminację passy wygranych Gustava Gryffina w formie kapitalnej walki z… Asarą! Kto by się spodziewał czesko-wietnamskiego rywala w i tak wypchanym już po brzegi gauntlet matchu?!

Heelowy finisz w wykonaniu Mistera Z to bardzo błyskotliwy booking, który utwierdził Gustava w roli face’a. Widownia po prostu oszalała z wściekłości, że ktoś kto zbudował tak gigantyczne momentum w postaci czterech wygranych nie mógł uczciwie i ostatecznie zatriumfować.

Spodziewałem się tutaj góra trzech rywali i szczerze mówiąc bardziej przewidywalnych przeciwników – zwłaszcza nieobecnej w karcie Legii Łysych, czy też Feagera lub Marcelito. Zamiast tego otrzymaliśmy drabinkę rodem z Mortal Kombat, z zakończeniem stanowiącym istne Fatality dla kibicującej Gustavowi wrocławskiej publiki.

Tag Team Match
Vic Golden & Oskar Aleksander d. Gabriel Queen & Justin Joy

Podobno Rodzina to aktualnie najciekawsza stajnia w polskim wrestlingu. Być może i tak, ale patrząc przez pryzmat kompletnej dominacji tej frakcji w PpW, zaczynam być już trochę przejedzony. Kiedy widzę Oskara w walce, spodziewam się że przybiegnie Agatka. Kiedy walczy Agatka, najpewniej pomoże jej Oskar. Przy bieżącym monster pushu Rodziny, zastanawiam się zwyczajnie: co dalej? Może jakaś face’owa stajnia zbudowana przez rywali? Bez tego jedyną osią napędową w stałej przeciwwadze dla zapędów Oskara, Agatki oraz Vica Goldena pozostaje Gabriel Queen. A to trochę małe grono na dzień dzisiejszy.

A, tak w ogóle to w tej walce wrócił do ringu Justin Joy! I w sumie to chyba spodziewałem się czegoś więcej, chociaż sam naprawdę wypatrywałem tego powrotu. Zdecydowanie nie było mowy o ringowej rdzy, po prostu nie zapamiętałem w wykonaniu Justina nic poza wyśmienitym elbow dropem z naprawdę dobrym wybiciem – dawno nie widziałem tak wysokiej akcji z trzeciej liny w ringu PpW!

I ta akcja to właściwie highlight opisywanego pojedynku. Poza nią, najmocniejszym ogniwem ringowo był do bólu solidny Gabriel Queen. Na tym etapie jego feud z Vikiem Goldenem to już flagowa rywalizacja dla warszawskiego Ewenementu – równie kultowa co Gustav Gryffin vs Goblin czy Biesiad vs Mister Z.

Naturalnie Oskar Aleksander oraz Vic Golden mieli swoje momenty, ale jakoś nie czuję, że Rodzinie należała się tym razem wygrana. Ani w kayfabie, ani poza nim. Nomen omen, było to niezmiernie interesujące starcie i prawie najlepsze z całego Wjazdu na Rewir, plasujące się de facto na drugim miejscu tuż po Gauntlet Matchu Gustava.

PpW Championship triple threat match
Goblin (c) d. Mister Z, Biesiad Strong

Mister Z postanowił nadużyć władzy i niespodziewanie „dorzucić się” do tego main eventu. W sumie prosty patent na dołożenie heela dla równowagi, który mógłby tutaj zagwarantować jeszcze więcej wrażeń. No właśnie, mógłby, ale nie zagwarantował. Dlaczego?

Bo otrzymaliśmy właściwie najsłabszy main event tego roku w PpW. Nie wiem na ile to zasługa mistrzowskich walk wieczoru z poprzednich wydarzeń – chyba nikogo to nie zdziwi, ale Mistrzowskie Rozdanie 2, Teraz Albo Nigdy, czy też flagowe Ledwo Legalne 5 zawiesiły poprzeczkę wprost nieludzko wysoko.

To co jednak widziałem spoza pryzmatu porównawczego, to z grubsza koślawy pacing, trochę akcji pod ringiem widocznej dla wąskiej części widowni i drobne botche (chociażby stół położony w narożniku ringu pękł jeszcze przed akcją). Nie było tu większego pomysłu (niektóre stoły zostały zresztą wrzucone do ringu i niewykorzystane), nie było jakiegoś szokującego spota i nie było też oczywiście mowy o zaskakującym rezultacie.

Naturalnie nie ma tutaj mowy o digu na żadnego z wrestlerów, bo każdy z tej trójki dowoził walki na pięć gwiazdek przez ostatni rok. Po prostu tym razem nie wyszło. Ponownie mam wrażenie, że gdyby to był mój pierwszy main event PpW z punktu widzenia Wrocławiaka oglądającego po raz pierwszy wrestling, byłbym pewnie o niebo bardziej zadowolony.

Podsumowanie z pewną „terytorialną” dygresją

I tak właśnie widziałbym Wjazd na Rewir. Dwa solidne Tag Team matche, wyśmienity Gauntlet, filler Intergender match i kiepski do bólu main event. Jaki to bilans? Dla localsów myślę, że bardzo dobry i z nawiązką spłacający cenę biletu. Dla stałej widowni PpW? Już niekoniecznie.

Zazwyczaj w tym miejscu na podsumowanie zapraszam do kolejnej gali, ale publikuję ten tekst tak późno, że kto ma wpaść na jutrzejszy Surowy Klimat, ten już wpadnie. Grafik PpW na najbliższy czas rysuje się zresztą intensywnie, bo następne w kolejce są już mikołajkowe PpW: Duch Świąt, Smak Krwi oraz… zaskakująco kontrowersyjne PpW: Najelpsza Gala w Mieście.

Kontrowersyjne, bo jak się okazuje nie tylko PpW wpadło na pomysł zrealizowania gali w Trójmieście dzień przed powrotem WWE do Polski po 10 latach, lecz także KPW – świętujące zresztą zaraz także 10 lat obecności w tej samej aglomeracji.

Z jakiegoś powodu momentalnie uaktywniły się z grubsza dwie grupy ludzi. Tych oburzonych, czujących niesmak wobec naruszenia cudzego terytorium, oraz tych broniących zagorzale pomysłu wtrynienia się z dodatkową galą do Gdyni na ten sam dzień. W której z tych grup jestem? Zdecydowanie w żadnej.

Co do pierwszego grona – trochę nie wiem skąd to poczucie, jakoby polski wrestling był podzielony na dzielnice jak Polska w XIII wieku. Czytając niektóre komentarze ma się wrażenie, że jak wysiądzie się z pociągu w Gdańsku w koszulce PpW, to dostanie się oklep od kibiców KPW w niebieskich szalikach. A mamy przecież 2025 rok. Mamy Legacy of Wrestling, w którym ramię w ramię występuje roster PpW wraz z KPW. Mamy także głęboką współpracę PpW z MZW i naprawdę zero powodów do życia w jakiejś bańce, że istnieje twardy podział pomiędzy fanami KPW i PpW. Mamy aktualnie tylko jedną, mniejszą federację w kraju z wyraźnie separatystycznymi zapędami, ale o niej i tak nie ma mowy w tej dyskusji.

Bo wrestling jest u nas zjawiskiem niszowym. Coraz popularniejszym, to na pewno, ale wciąż niszowym. I to sprowadza mnie do drugiego punktu widzenia, z którego nie bardzo pojmuję czy jest powód, żeby skakać pod sufit z powodu dwóch osobnych wydarzeń wrestlingowych w ten sam dzień. Bo właśnie ta garstka osób śledząca w Polsce więcej niż jedną federację to jedyne grono poszkodowanych w tej sytuacji. Ta grupa fanów może co najwyżej kupić bilety na oba wydarzenia i spóźnić się na jedno z nich. Oczywiście można się spotkać z krótkowzrocznymi komentarzami w tonie „wszystko mi jedno, bo u tych drugich mnie nie będzie” lub „mordo taki jest świat, każda federacja patrzy na siebie i po co mają się dogadywać„. Ale c’mon, serio?

Naprawdę nie wolelibyśmy, żeby obie federacje się w tej sytuacji dogadały, podwajając zasięg, kaliber i rozmiar wydarzenia? Bo wtedy otrzymalibyśmy coś, co realnie stanowiłoby duży krok do przodu dla naszej sceny, a jednocześnie coś, co byłoby mocną, głośną wizytówką naszego wrestlingu wycelowaną w stronę osób przyjeżdżających do Trójmiasta na wydarzenie spod szyldu WWE. Na pewno byłaby to większa reklama całokształtu naszego wrestlingowego talentu niż dwie mniejsze gale organizowane obok siebie.

I notabene – tak, w przypadku nieaktualnego już wariantu realizacji wspólnego, głośniejszego eventu inicjatywa należała w 100% do PpW. Przyczyna jest prosta i podało ją samo KPW. Nadmorska federacja zabookowała datę i miejscówkę swojej gali na 16 stycznia w klubie Nowy Harem niezwłocznie po ogłoszeniu live eventu WWE w Gdańsku. To naturalna kolej rzeczy dla organizacji aktywnej w tym samym mieście. Jednocześnie nikt z PpW się z nimi nie skontaktował z KPW w temacie kolaboracji (źródło: link), a więc wyraźnie Ewenement również wolał zrobić coś niezależnie i po swojemu, zamiast przegadać pomysł połączenia swoich sił oraz widowni. To decyzja, która zapewne ma więcej sensu dla organizacji niż dla fanów, ale oceniamy ją przecież z tej drugiej perspektywy.

Więc szkoda, bo jest to zmarnowana okazja. Wolałbym dzień przed eventem WWE zobaczyć w ringu chociażby Zefira z Biesiadem rywalizujących do rekordowo głośnych, przeciwstawnych dopingów ze strony fanów KPW i PpW niż rozważyć któryś z dwóch niezależnych eventów, uzurpujących wzajemnie do miana bifora przed hucznym powrotem WWE do Polski.

No cóż, może kiedyś.