Trzecia Lina

prosty blog o polskim wrestlingu

PpW: Ledwo Legalne 5 [RELACJA] – Hala Labo, Warszawa (07.06.25 r.)

Ledwo Legalne 5 już za nami. Feudy zostały rozstrzygnięte, emocje zostały dostarczone, a kolejna era w PpW została zamknięta. Jak można ocenić największą galę w tegorocznym harmonogramie PpW? Czy show sprostało wszystkim oczekiwaniom? I wreszcie, w jakich barwach LL5 definiuje przyszłość oraz nadchodzącą nową erę w historii Ewenementu?

Kalendarzowy przedział pomiędzy 30 kwietnia a 7 czerwca to kolejny napięty okres dla załogi oraz rosteru PpW, w którym to zorganizowano aż 4 różne wydarzenia (!). Pomiędzy całkiem niedawną Ostatnią Prostą, a opisywanym Ledwo Legalne 5, PpW przygotowało także 2 poboczne widowiska w Gdańsku, będące jednocześnie pierwszymi krokami tej federacji na Pomorzu – gratulacje! Mam tutaj dokładniej na myśli pojedyncze krótkie show na Tequila Mezcal Festivalu i 2 dni rozmaitych wrestlingowych występów na Mystic Festivalu. Uczestnicy znanej i lubianej imprezy metalowej otrzymali w ten sposób dodatkową rozrywkę pomiędzy koncertami, a PpW zgarnęło zarazem kolejną szansę na dotarcie do nowej widowni ze swoim produktem.

Czerwcowe opus magnum polskiej sceny wrestlingowej rysowało się w jasnych barwach. Po rewelacyjnym Teraz Albo Nigdy można się było spodziewać, że Hala Labo ponownie idealnie się sprawdzi jako miejscówka kolejnej gali, a na miejscu nie zabraknie ani stoiska z merchem ani piwa. I tak też dokładnie było. Tym razem jednak nie funkcjonowała szatnia (co nie stanowiło większego problemu w tak ciepłą pogodę) ani gastronomia (albo jej po prostu nie znalazłem – poprawcie mnie, jeśli się mylę). Ciut szkoda, ale nie są to najważniejsze rzeczy na świecie.

Pozostając w temacie wyższej temperatury na zewnątrz, chyba jedynym istotnym problemem okazał się brak sensownej wentylacji i niesamowicie duszna atmosfera panująca w środku hali. Pod ringiem często brakowało powietrza i właściwie nie szło się obejść bez odejścia od tłumu raz na jakiś czas w celu zaczerpnięcia tlenu. Może uda się coś z tym następnym razem zrobić?

Ale starczy już wad – kto czytał tutaj już inne moje posty, ten może brać mnie za marudę, bo przecież w każdym wpisie znajduję jakieś mankamenty zanim przejdę do opisu walk. Dla odmiany, najwyższy czas docenić również plusy. Tak jak w maju narzekałem na jakość audio w streamie Ostatniej Prostej, tak przeklikując zapis wideo z LL5 zauważyłem wyraźną poprawę w poziomie głośności komentatorów względem siebie oraz mikrofonu w ringu i super, że udało się coś w tym temacie zrobić! Sama gala wjechała też na VOD o wiele szybciej niż Ostatnia Prosta – super jest widzieć dobre zmiany dla abonentów platformy z widowiskami PpW. To na pewno będzie sprzyjać rosnącej liczbie subskrybentów.

Ledwo Specjalne V

Zmierzając w stronę sedna każdej relacji, czyli wrestlingu samego w sobie, należy zaliczyć Ledwo Legalne 5 do gal zdecydowanie udanych. Może i nie było sold outu (czerwcowa pora jest już nieco wakacyjna, więc zapewne ciężej wyprzedać wszystkie bilety w taką pogodę), ale frekwencja całkiem dopisała. To z kolei naturalnie sprzyjało wrzawie wokół wszystkich starć, która tradycyjnie już podsycała świetną atmosferę panującą przez cały wieczór. A starcia te także nie zawiodły – karta prezentowała się obficie (i zresztą powinna, mówimy o flagowej serii wydarzeń warszawskiego Ewenementu), a każdy z zawartych w niej wrestlerów starał się dowieźć w ringu najlepsze, co się dało.

I skoro już ustaliliśmy, że nie ma mowy o żadnej wtopie, muszę wreszcie wytoczyć jedyną wadę jaką widzę wokół Ledwo Legalne 5, a mianowicie brak… niespodzianek. W paru kolejnych akapitach będę mocno porównywał z marcowym PpW: Teraz Albo Nigdy, bo mam wrażenie że wtedy wszystko udało się po prostu nieco bardziej niż teraz. I absolutnie nie sugeruję tutaj, jakoby Ledwo Legalne 5 stanowiło porażkę w jakimkolwiek względzie. Tak jak z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność, tak we wrestlingu z wielką galą powinny wiązać się wielkie niespodzianki. Takie jak głośny debiut, niespodziewany powrót albo szokujący turn dowolnego wrestlera. Tego zdecydowanie nie brakowało na znakomitym Teraz Albo Nigdy – zaskoczyły wtedy zarówno scenariusze (heel turn Vica Goldena), jak i powroty (Robert Star) czy też specjalne, gościnne występy (chociażby Osamu).

Tutaj tego wow factor nie było. Tym razem żaden heel nie został facem i żaden face nie został też heelem. Żadne walki nie wiązały się z sensacyjnymi powrotami, a w ringu nie stanął żaden nowy zawodnik. Wielka szkoda, bo nie ma na to wszystko lepszego momentu niż flagowa gala najprężniej działającej federacji w Polsce. Patrzę także porównawczo w stronę zeszłorocznego Ledwo Legalne 4 – wtedy fanów polskiego wrestlingu zaskoczył spektakularny debiut Legii Łysych w PpW oraz kontrowersyjna, podwójna zmiana na stanowisku czempiona federacji (Biesiad nacieszył się pasem zdobytym od Feagera tylko kilka chwil, zanim kolejnym mistrzem został Gustav Gryffin).

I pozostając w temacie walk, zabrakło teraz jakiegoś czarnego konia, który byłby nieoczekiwanym objawieniem na tle pewniaków w karcie, ale o tym w szczegółach wypowiem się zaraz nieco niżej. Na plus trzeba jednak ocenić jak nieprzewidywalne okazały się tym razem wszystkie bookingi – heelowe postacie zdominowały ten wieczór, co stanowiło ciekawą odmianę od wcześniejszego fan service’u i bardziej przewidywalnych rezultatów. Zresztą kilka miesięcy temu dokładnie tego oczekiwałem po PpW – od jesieni aż do teraz notowałem zdecydowaną przewagę wygranych face’ów, co chociażby osłabiało wizerunek i sens istnienia Zmowy (spośród heelów radził sobie głównie Gustav Gryffin). Teraz wracamy na bardziej zaskakujące tory w rezultatach walk i bardzo dobrze, bo na pewno wyniknie z tego zaraz wiele ciekawych storyline’ów. Omówmy więc Ledwo Legalne 5 dokładniej, walka po walce.

KARTA

PRE-show TAG TEAM MATCH
Marcelito & Bartosz Blata d. Atilla & Danny Roxx

Ponownie: jestem prostym człowiekiem, widzę wygraną Marcelito – jestem zadowolony. Nie ma tu się co wielce rozpisywać, mówimy o krótkiej i naprawdę fajnej rozgrzewce przed resztą wieczoru. Widownia ewidentnie nie mogła się już doczekać oficjalnego startu gali, co przełożyło się na świetną atmosferę i mnóstwo popu dla występującego „u siebie” tag teamu z PpW. Chociaż to Marcelito jest tym bardziej doświadczonym zawodnikiem względem Bartosza Platy, ponownie muszę oddać cesarzowi, co cesarskie i zauważyć jak świetnie publika reaguje na najnowszego absolwenta Ewenement Dojo.

Pi razy drzwi powiedziałbym nawet, że nie ma drugiego zawodnika obecnego tak krótko na polskiej scenie jak Bartosz, który działałby równie elektryzująco na publikę. Ponownie mi w tym miejscu szkoda, że PpW nie ma zbytnio pasów dla low- i mid-carderów, bo Bartosz stanowiłby nie lada pretendenta do takiego tytułu. Wracając do Marcelito, nasz gaszący światła wrestler (nawet na sali zgasły na chwilę światła podczas jego theme – fajny motyw) zaliczył kolejny udany występ, który otwiera mu dobrą passę po kwietniowej Ostatniej Prostej. Takiego Marcelito zawsze się dobrze ogląda w ringu.

A jak Atilla & Danny Roxx? Oczywiście też w porządku jako przeciwwaga dla naszego talentu, ale to zawodnicy PpW wypadli teraz lepiej i czuli się w ringu jak ryby w wodzie.

#1 Contender Ladder MATCH
Robert Star d. Marco Hammers, Wonder Haze, Sentinel, Oskar Aleksander, Sambor

Mam jeden zarzut co do tej walki – nic kontrowersyjnego i myślę, że każdy się w sumie zgodzi. Ten zarzut stanowi to jak nisko w karcie wieczoru wylądował ten ladder match biorąc pod uwagę kaliber dowiezionego widowiska i star (wink wink) power zgromadzony w jednym ringu. Ba, nawet pomijając jak świetne starcie tutaj otrzymaliśmy, trochę dziwacznie ukształtowała się kolejność potyczek na LL5. Licząc od pre-show w górę, mamy kolejno tak: tag team match, ladder match, singles match, singles match, singles match, singles match, singles match. W sumie to czemu? Tak, wiem że pomijam tutaj stypulacje obejmujące kąpiel w piwie czy w stołach rozłożonych wokół ringu, ale i tak zabrakło jakiejś konfrontacji trzech lub większej liczby wrestlerów pomiędzy pięcioma walkami jeden na jeden.

A wracając już do sedna, genialnie się to wszystko oglądało. Swoje pięć minut miał każdy i nie zabrakło świetnych spotów oraz szalonych momentów. Ladder matche wspaniale pasują do flagowych wydarzeń w kalendarzu każdej federacji (TLC match powinien lądować w karcie każdej WrestleManii, tegoroczna edycja to nieporozumienie), a drabiny pasują do produktu PpW, jak pas mistrzowski do Goblina – czyli wspaniale (ale o tym później).

Choć Marco Hardy Hammers wielokrotnie kradł show ze swoją małą drabiną (chłop ma lęk wysokości, stara się jak może), nikt nie ustępował mu kroku. I pomimo że luchadorzy pokazali parę ciekawych akcji (chociaż na Ostatniej Prostej udało im się wypaść nieco lepiej w moim odczuciu), a Sambor czy Oskar Aleksander momentami bywali blisko wygranej, to jednak Robert Star okazał się zasłużonym zwycięzcą i laureatem kontraktu na walkę o główny pas PpW. Robert naprawdę dobrze odnajduje się w ringu PpW (czego dowodzi też głośny pop, jaki zawsze zbiera w Warszawie) i od samego początku wydawał mi się jednym z faworytów w tej walce. A co zrobi ze swoim kontraktem, to się jeszcze okaże.

Olgierd d. Axel Fox

Jestem zadowolony z przewagi heelów na Ledwo Legalne 5, ale gdybym mógł zmienić jeden rezultat z tamtej soboty, byłby to właśnie ten pojedynek. Trochę nie wiem o co tu chodzi, ale nie patrzę krytycznie, bo widzę już po wywiadzie z przybitym, przegranym Axelem Foxem czający się za tym pomysł i scenariusz na najbliższe gale. Po prostu z mojej perspektywy, czyli punktu widzenia fana Axela Foxa, ciągle mi szkoda, że nie miał on jeszcze swoich ogromnie, przeogromnie zasłużonych pięciu minut z jakimś pasem (tak naprawdę sięgam tutaj pamięcią aż do PTW #5: Gold Rush, czyli całkiem daleko).

Dla porównania, Olgierd radzi sobie wprost świetnie i jako heel wypracował sobie ostatnio całkiem czyste zwycięstwo w wybitnym Dog Collar Matchu z Goblinem (jak do tej pory jedyna walka zasługująca na Meltzerowe pięć gwiazdek w tym roku w mojej ocenie). Zatem żeby z tej mąki był chleb, storyline związany z tą porażką naprawdę musi już zostać przekuty w jakiś triumf dla Axela Foxa, bo jest to triumf spóźniony o parę lat. I tu także pasuje zarzut o deficyt pasów mistrzowskich dla takich postaci na naszej scenie. Całe szczęście, że niedługo Legacy of Wrestling będzie miało swój laur dla czempiona, ale nie zmienia to faktu że przy popularności i przy profilu rosteru PpW, utrzymywanie jednego głównego pasa oraz pasa ultraviolent dla wąskiej garstki szaleńców, czyli hardcorowej części zawodników PpW, to trochę przeterminowany koncept. Brakuje mid-cardowego pasa dla reszty wrestlerów. I to na wczoraj.

Co do walki natomiast, nie ma się oczywiście do czego przyczepić. Po prostu ten punkt w rozkładzie jazdy został nieco przyćmiony przez inne, głośniejsze feudy oraz sąsiedztwo ciekawszych stypulacji w karcie. Nie ma w tym oczywiście nic złego – czasem jedni main eventerzy muszą ustąpić innym main eventerom i tyle.

Beerbath match
Stanisław Van Dobroniak d. Zombie Johnny Blade

Trochę comedy wrestlingu dla odmiany, czyli Stanisław Van Dobroniak ścigający wokół ringu Johnnego Blade’a celem wykąpania go w piwie. Spoko sprawa, chociaż całość mogłaby potrwać nieco dłużej (miało się wrażenie, że odhaczono spot po spocie i po robocie) – kto wyszedł przed tą walką po piwo, ten najpewniej wrócił pod ring gdy było już po wszystkim.

I fajnie, że dostaliśmy zestawienie face’a z facem, bo nie samymi feudami pomiędzy face’ami, a heelami człowiek żyje.

Cieśla Match
Mister Z d. Biesiad Strong

Ponownie plot twist – Mister Z samodzielnie, bez niczyjej pomocy i odwracania uwagi sędziego, pokonał Biesiada w jego naturalnym środowisku (czyli w otoczeniu połamanych stołów) – zobaczymy jakie story z tego wyniknie. Tak czy owak, akcja kończąca w wykonaniu Mistera Z była spektakularna (jeden z highlightów wieczoru) i stanowiła zaskakującą odmianę od swanton bomba wykonanego na stole, jakiego się zresztą spodziewałem po Biesiadzie. Generalnie mówimy tutaj oczywiście o absolutnym pewniaczku pod kątem widowiskowym. Zarówno Biesiad, jak i Mister Z stanęli na wyżynach swoich możliwości – zobaczyliśmy masę genialnych ruchów, dużo ryzykownych akcji i całość wypadła świetnie, także okiem głośnej i żywo dopingującej publiki.

Ponadto krytyczny stan Biesiada po walce został sprzedany naprawdę wiarygodnie i sam nie mogę się nadziwić ile ten człowiek jest w stanie znieść w ringu. Pozostaje tylko czekać i obserwować w jaki sposób najpopularniejszy cieśla w Polsce odegra się Misterowi Z w niedalekiej przyszłości.

Vic Golden d. Gabriel Queen

Jak tak dalej pójdzie, Vic Golden będzie generował wokół swojej osoby większy heat od Gustava Gryffina – a jest to nie lada wyczyn! Chociaż tradycyjnie Gabriel Queen zrobił co mógł w ringu, generując przy tym ogromne pokłady dopingu wśród publiczności, raz jeszcze został wykiwany i zaatakowany niespodziewanie krzesłem (tym razem nieoczekiwanym napastnikiem okazał się Oskar Aleksander). Wygląda na to, że mamy tu do czynienia z nowym tag teamem – w tym układzie coraz ciekawsze wydaje się to, co przyniesie przyszłość dla Gabriela Queena w PpW. Skoro sam zmaga się teraz z dwójką wrogów, to chyba potrzebuje sojusznika?

Cieszy, że ta walka wylądowała w karcie tak wysoko – to bardzo zasłużone po dobrym odbiorze walki otwierającej Teraz Albo Nigdy, kiedy to zaczęto właśnie budować feud wokół rozpadu Pure Gold. Skoro Gabriel Queen wciąż nie jest moralnym zwycięzcą tego konfliktu, rodzi się pytanie o to, czy dalej będzie próbował nim być czy przeniesie teraz swoją uwagę na kogoś innego. Kto wie?

Three stages of hell ppw championship match
Goblin d. Gustav Gryffin

Najważniejsza walka najważniejszej gali roku. I bez owijania w bawełnę, walka w pełni zaspokajająca wszystkie oczekiwania, wypchana po brzegi absurdalnie niebezpiecznymi akcjami, podręcznikowo wykonanymi chwytami oraz gigantycznymi pokładami determinacji, jakie mieli w sobie zarówno pretendent do pasa, jak i jego posiadacz. Pisząc krócej, main event z krwi i kości, który bez cienia wątpliwości zgarnia miano najlepszej walki tej gali.

A pisząc ponownie szerzej, to było coś niesamowitego. Mimo przewidywalnego rezultatu (sorry, Gryffinatorzy), tu po prostu nie można było się ani przez chwilę nudzić. Wymieniając już superlatywy, na plus oceniam na przykład długość pierwszej fazy pojedynku (spodziewałem się tutaj Gustava odhaczającego szybko pierwszą wygraną, jak podczas obrony pasa na Teraz Albo Nigdy i się na szczęście pomyliłem). Dalej wśród zalet mamy także wykorzystanie absolutnie szalonego arsenału przez obydwu zawodników (w tym pinezek, pokłony dla pleców Gustava Gryffina) i oczywiście mistrzowsko zrealizowany finał (Goblin zeskoczył z rusztowania, jak można to w ogóle przebić?).

Kiedy przemyciłem wyżej wzmiankę o tym, że Dog Collar Match Olgierda i Goblina to jedyna pozycja zaskakująca na szkolną szóstkę w tym roku, miałem gdzieś z tyłu głowy jedyną wadę main eventu LL5, jaką była nieco zbyt jednostronna i mało wymienna akcja pomiędzy Goblinem, a Gustavem. Kiedy któryś z zawodników obejmował wyraźne prowadzenie po większej akcji lub wyprowadzonej kontrze, to prowadzenie utrzymywało się przez kolejne parę minut aż do kolejnej kontry. Zabrakło momentami pójścia łeb w łeb oprócz typowych, bezpośrednich wymian pięściami czy też chopami.

Mimo to, tempo wydarzeń w ringu utrzymywało się na wysokim poziomie od początku do końca i nie było momentów spowolnienia, co jest nie lada wyczynem biorąc pod uwagę kaliber i wyczerpującą, trzyetapową strukturę tej konfrontacji. Można zatem śmiało powiedzieć, że main event Ledwo Legalne 5 to wielka reklama dla PpW i najnowsza wizytówka warszawskiej federacji (może wyląduje kiedyś na YouTube?). Czapki z głów!

Podsumowanie

Ledwo Legalne 5 nie mogło się nie udać. I trzeba docenić zarówno zaangażowany talent wrestlerów, jak i ekipy stojącej za całym wydarzeniem. Ciągnie się za mną jednak wrażenie, że gdyby kogoś pozbawić kontekstu i pokazać mu Teraz Albo Nigdy oraz Ledwo Legalne 5, aby ocenił który z tych dwóch eventów stanowi największe wydarzenie PpW, mogłoby paść jednak na wcześniejsze marcowe show. Trochę to dla mnie analogiczne do tegorocznej WrestleManii 41 – LL5 to Day 1 (main event lepszy od reszty karty), a Teraz Albo Nigdy to Day 2 (reszta karty lepsza od main eventu).

Niemniej jednak, PpW wciąż trzyma wysoki poziom. Aktualnie pozostaje nam już tylko witać nową erę Ewenementu pod wodzą panującego miłościwie nam Goblina. Co ta era przyniesie, to dopiero przed nami. Chętnych na tytuł mistrzowski już nie brakuje – w jednym narożniku czai się Robert Star ze swoim kontraktem, w drugim być może zawiedziony Axel Fox, a w trzecim narożniku już zaraz pojawi się kolejny pretendent do pasa PpW na mocy unikatowego kontraktu zgarniętego na zbliżającym się MZW Green Madness. I to właśnie tam, czyli do Wrocławia, powinien niedługo zmierzać każdy fan wrestlingu. Może Ledwo Legalne 5 kończy pewną erę, ale to zdecydowanie nie pora na odpoczynek – otwarcie wrestlingowych wakacji w ringu MZW czai się tuż za rogiem, a bilety wciąż są dostępne.

PS. Podziękowania dla kolegi, od którego mam część zdjęć zawartych w relacji!