Trzecia Lina

prosty blog o polskim wrestlingu

PpW: Teraz Albo Nigdy [RELACJA] – Hala Labo, Warszawa (15.03.25 r.)

Wyczekiwane i huczne PpW: Teraz Albo Nigdy przeszło do historii. Trylogię tutejszych przemyśleń na temat wydarzeń Ewenementu zorganizowanych w pierwszym kwartale 2025 roku zamyka zatem właśnie relacja z tego jakże udanego i przełomowego show. Co udało się najbardziej, a co najmniej? Czy po tak sycącej uczcie można to będzie jeszcze przebić na kulminacyjnym i nadchodzącym wielkimi krokami PpW: Ledwo Legalne 5?

PpW’s Time Is Now

Zacznijmy bez owijania w bawełnę. Było naprawdę dobrze. Dla mnie to łatwa do napisania relacja, złożona z pozytywów przeplatanych drobniejszymi minusami i dygresjami. Takie teksty pisze się najłatwiej, bo nie trzeba zbytnio szukać słów, aby taktownie przedstawić jakąkolwiek krytykę. Każdy kto był lub oglądał wie, że Teraz Albo Nigdy się nie tylko udało, ale i wyprzedało (800 biletów!). Nie widziałem do tej pory w internecie żadnej osoby zawiedzionej opisywaną galą, a i sam się do tego grona nie zaliczam (o ile takowe grono w ogóle istnieje). Tak uniwersalny, pochlebny odbiór musi o czymś świadczyć i nietrudno go wytłumaczyć – ale omówmy to po kolei.

Dwa dni przed show zaskoczyła mnie informacja, że nie obejrzymy tego widowiska stricte tam, gdzie Co Za Noooc na Mińskiej 65, a w Hali Labo w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Nie zakładałem, aby był to regres, lecz właśnie upgrade wynikający m.in. z dużego popytu i dokładnie tak się okazało. Na miejscu pomyślano o wszystkim istotnym – na dzień dobry po wejściu przywitała wszystkich szatnia, bar z piwem i gastronomią oraz oczywiście stoisko z bogatą ofertą merchu.

Nieco partyzancko rozwiązano kwestię toalet, bo wyjście z napisem „Toalety” okazało się wyjściem… na zewnątrz, gdzie stał szereg toitoiów ustawionych z boku hali. Takie festiwalowe podejście do tematu przy jakichś 3 stopniach Celsjusza, sprawdziłoby się lepiej w cieplejszych miesiącach – kto nie chciał marznąć w kolejce, ten musiał się cofnąć do szatni po swoją kurtkę. W związku z tym zabrakło również choć jednej wolnostojącej umywalki. Innymi słowy, żel do dezynfekcji rąk był w cenie.

I na tym kończą się wady nowej miejscówki PpW. Zarówno piwo, jak i jedzenie serwowano tanio i sprawnie (właściwie to wrap kosztował tyle, co piwo – czyli mało), zatem nie brakowało chętnych na jedno i drugie. Wspomniane wrapy notabene były nie tylko smaczne, ale i dostępne w dwóch wersjach (mięsnej oraz wege). I świetnie, bo w ten sposób polski wrestling może zarabiać nie tylko na sprzedawanych biletach i gadżetach.

Wystarczy jednak omawiania tych przyziemnych kwestii, bo żadna z nich nie zrekompensowałaby kiepskiego klimatu i oprawy audiowizualnej. A w tej materii PpW zrealizowało swoje najlepiej wyglądające (i brzmiące) wydarzenie do tej pory, więc nie ma mowy o żadnych rozczarowaniach. Ring prezentował się po prostu świetnie i bardzo przypadła mi do gustu paleta kolorystyczna, w której odbyło się całe widowisko. Precyzyjne rozróżnianie kolorów nie jest moją mocną stroną, ale nawet ja mogę stwierdzić, że niebieskie odcienie światła świetnie budowały klimat show zarówno surowego i wizerunkowo trochę „podziemnego”, ale jednocześnie profesjonalnie zrealizowanego.

Rosnąca wraz z widownią jakość produkcyjna PpW cieszy, a podobnie sprawa ma się z transmisją dla widzów na platformie VOD Ewenementu. Przeklikałem trochę stream, po czym mogę spokojnie stwierdzić, że zarówno jakość obrazu, jak i praca kamer zrobiła kawał dobrej roboty. Nieco gorzej jest niestety z kwestią audio. Nie mogę powiedzieć złego słowa o nagłośnieniu wokół ringu – i tłum, i mikrofon w ringu było słychać zupełnie czysto i wyraźnie. Problem tkwił w brzmieniu komentatorów – Joker brzmiał często za cicho, a jego głos był zdecydowanie przytłumiony w porównaniu z klarownie brzmiącym Istotą Wrestlingu. Doszły mnie też słuchy od kogoś oglądającego w domowym zaciszu, że i ów drugi komentator sporadycznie rozbrzmiewał nieco za cicho. Pora na wyrównanie poziomu nagłośnienia, identycznie brzmiące mikrofony dla obu komentatorów i pilnowanie takich kwestii, bo w przeciwnym razie będą one zniechęcać do śledzenia PpW w formie transmisji.

Niemniej jednak mówimy tu wciąż o najlepiej zrealizowanej transmisji PpW. Przerwy dla widzów ponownie zostały zagospodarowane segmentami zakulisowymi (wywiady z wrestlerami prowadzone przez Jokera), a przed startem gali otrzymaliśmy nawet pre-show, w którym Istota Wrestlingu zbadał nastroje widzów stojących w pierwszym rzędzie wokół ringu i z powodzeniem budował hype na resztę wieczoru. Notabene, można było się w ten sposób przekonać jak ciekawy przekrój publiki zgromadziło u siebie tego dnia PpW w Hali Labo – nie zabrakło ani świeżaków, ani weteranów śledzenia polskiego wrestlingu, ani nawet gości zza granicy entuzjastycznie wyczekujących zobaczenia Biesiada na własne oczy w pierwszym rzędzie.

To nadal nie koniec zalet, bo na zakończenie trzeba jeszcze wpleść garść komplementów na temat muzyki przed galą. Elektronika z głośników puszczona dla build-upu sprawdziła się świetnie i należą się gratulacje dla pewnej bardzo mądrej głowy, która wpadła na pomysł aby ostatnim utworem przed oficjalnym startem gali był orkiestralny remix pewnego znanego wrestlingowego theme (co zapowiedział zresztą Michael HT jako motyw przewodni tego wieczoru), aby podsycić gigantyczny hype wśród i tak głodnej już wrażeń widowni.

Zanim przejdę do karty, mogę na dzień dobry zapewnić, że na PpW: Teraz Albo Nigdy nie było żadnej rozczarowującej walki (!). Zdarzyły się natomiast liczne pozytywne niespodzianki i oczywiście pewne niedociągnięcia czy pomysły mniej moim zdaniem trafione, ale zdecydowanie nie są one w stanie podważyć tego, jak udane widowisko dowieźli nam wrestlerzy PpW w minioną sobotę. Pora więc to wszystko omówić!

KARTA

PpW Championship 2 Out Of 3 Falls Match
Gustav Gryffin d. Gabriel Queen (/w Vic Golden)

Przed każdą galą wrestlingu jaką oglądam, skreślam sobie obstawianego przeze mnie zwycięzcę na karcie, aby było komu kibicować i/lub mieć podstawy do zarzutów o zbyt przewidywalny booking – wiadomo, że średniawka, jeśli można z góry na dół obstawić całą kartę i się ani razu nie pomylić. Co ciekawe, mimo że przed Teraz Albo Nigdy obstawiłem celnie każdą walkę z wyjątkiem main eventu, na żadnej ani się nie zawiodłem, ani nawet nie stwierdziłem braku niespodzianek. Jak to możliwe w przypadku obniżenia rangi walki o główny pas PpW do walki otwierającej show?

Zanim porozmawiamy o słoniu w pokoju (a mianowicie o Vicu Goldenie), trzeba otworzyć wór z pochwałami prosto pod adres Gabriela Queena. Widziałem go w akcji wiele razy i różnica między jego teraźniejszymi performance’ami, a np. tymi starszymi (PTW #3 chociażby) staje się coraz bardziej drastyczna. Nasz pretendent do tytułu nie tylko zbierał wielki pop przychylnej mu publiczności, ale też moim skromnym zdaniem przyćmił w tej walce panującego nam niemiłościwie mistrza z Bartoszyc. Było tu wszystko co potrzebne – charyzma, wachlarz ruchów i czerpanie garściami z energii płynącej prosto od publiki (którą Gabriel sam zresztą sprawnie podsycał).

Gustav Gryffin też nie schodzi poniżej pewnego standardu w swoich występach i ciężko zarzucić, że nie do twarzy mu z pasem, zwłaszcza na pasującym do tego tle storyline’owym i gimmickowym. Zgadzał się także jak zawsze spory heat towarzyszący jego prezencji oraz typowym heelowym wybrykom takim jak zaatakowanie Gabriela swoim tytułem mistrzowskim jeszcze przed startem walki.

Podręcznikowa akcja ze stołem w wykonaniu Gustava

O właśnie, i tu przypomina mi się jedyne co mi w tym starciu nie siadło, a mianowicie prędkie pierwsze odliczenie Gabriela do trzech. Skatowanie pretendenta było zdecydowanie niewystarczające, aby kupić to, że pełen energii i zapału Gabriel Queen tak szybko dał się pierwszy raz odklepać (nawet mimo jego starań aby jakoś sprzedać ten chybiony spot widowni). Późniejsza część walki potoczyła się już na szczęście zdecydowanie ciekawiej, a w ruch poszły nie tylko pięści, a także stół czy też… flet (za jakiego widocznie uważa się często Gustava).

Początkowo spodziewałem się nowego mistrza, chociażby z uwagi na rewanżowy charakter tej potyczki. Myślałem o zmianie pasa i na przykład szybkim odzyskaniu go przez Gustava w jakiś „typowy” dla niego sposób. Te myśli oczywiście wyparowały wraz z ogłoszeniem tego starcia jako openera całej karty, gdy wszystko stało się już jasne. A właściwie to prawie wszystko, bo za żadne Chiny nie spodziewałem się heel turnu Vica Goldena i tego, że to właśnie on przyłoży swoją rękę do rezultatu tej walki. To nie tylko ekscytujący angle (Gabriel Queen vs Vic Golden, najpewniej na Ledwo Legalne 5), ale też sprytne domknięcie jednego feudu z otwarciem drugiego w pakiecie.

Mister Z d. Johnny Blade

Ojojoj. Są w polskim wrestlingu opinie, za które można zebrać spory heat i najpewniej ta poniższa będzie się zaraz do nich zaliczać. Jak już wspominałem, na Teraz Albo Nigdy nie uświadczyłem żadnej kiepskiej walki i ta również zdecydowanie taką nie była. Ba, starcie Mistera Z z Johnnym Bladem ocenić mogę znacznie powyżej moich oczekiwań, a jego wynik wręcz mnie ucieszył na tle moich niedawnych narzekań na temat niedoboru sukcesów heelów w PpW. To w czym tkwi ten mój problem?

A no kompletnie nie przemawia do mnie motyw okaleczania się w ringu. W tym momencie oczywiście każdy ma prawo przewracać oczami – przecież PpW jest federacją ultraviolent, prawda? Sęk w tym, że istnieje spora różnica pomiędzy nadużywaniem krzeseł, drabin, stołów i innych tego typu rekwizytów, a przybijaniem zszywaczy do czoła i rozbijaniem jarzeniówek. Ta pierwsza grupa jest dla mnie od zawsze bliżej wrestlingu nie tylko tematycznie czy historycznie, ale także od strony idących w parze akrobacji i widowiska. Drugie grono to w dużej mierze bliski związek z wysoką odpornością na ból lub wręcz masochizmem i aktywną chęcią, aby regularnie się w tym stanie bólu znajdować.

Z powyższego względu zawsze oceniam wyżej salto prowadzące do złamania stołu niż przypięcie banknotu do czoła za pomocą zszywacza. Wydaje mi się też, że w klasycznych wrestlingowych rekwizytach tkwi więcej bezpieczeństwa i higieny, bo o ile można przećwiczyć przyjmowanie chair shota na swoim ciele, o tyle przypięty w zalewie krwi banknot nigdy nie jest i nie będzie najbardziej higieniczną rzeczą jaką można mieć na swoim czole. Tu rodzi się równocześnie moja obawa o wspomniane bezpieczeństwo. Nasz wrestling aktualnie nabiera ekscytującego rozpędu, więc mimo ekstremalnego charakteru towarzyszącego jarzeniówkom i drutom kolczastym, zawsze po części obawiam się tego jak potencjalny nieszczęśliwy wypadek mógłby kiedyś stłumić to momentum i entuzjazm wokół polskiego wrestlingu.

Odkładając na bok to co do mnie nie trafiło, zarówno Mister Z, jak i Johnny Blade pokazali masę swojego doświadczenia przed żywo zainteresowaną publiką. Zobaczyliśmy udane akcje z krzesłem, kendo stickiem czy też drabiną (co zaspokaja mój niedosyt wokół obecności drabin, o którym pisałem po ostatnim Hardcore Friday). Mister Z oprócz pochwalenia się wysoką dyspozycją fizyczną i niezwykłą zwinnością, jak zwykle bezproblemowo zebrał heat na mikrofonie przy okazji swojego zwycięstwa nad Johnnym (ten zaś dostawał często ogromny pop jako faworyt publiczności) i ogłoszenia, że uzyskał sądowy zakaz zbliżania się wymierzony prosto w Biesiada…

Biesiad Strong d. Marco Hammers

… ignorującego ten ów zakaz ze skutkiem natychmiastowym, co poskutkowało interwencją Marco Hammersa i natychmiastowym wystartowaniem ich pojedynku! Na tym etapie byłem trochę zaskoczony, bo spodziewałem się dwóch przerw dla widowni (podobnie jak na PpW: Co Za Nooooc), a nie tylko jednej przed main eventem. Nie stanowi to wielkiego minusu, aczkolwiek zabrakło dodatkowej okazji na kolejne podskoczenie do baru czy toalety.

Plusem tego zabiegu było natomiast płynne i zgrabne przejście do kolejnej rywalizacji, choć niestety kosztem uwielbianego przez publikę wejścia Biesiada do jego muzyki (i Marco w sumie też). Perfekcyjnie byłoby, gdyby odgrażający Mister Z usłyszał najpierw wiadome theme i nic sobie z tego nie robił, a dopiero potem spotkał się z konsekwencjami.

Brak AC/DC na głośnikach nie zgasił jednak entuzjazmu zgromadzonych fanów, a wręcz przeciwnie – podczas tego starcia każdy mógł przekonać się na własne uszy, że to właśnie Biesiad jest najbardziej uwielbianym facem w PpW. Już w trakcie październikowego Ustawka Matchu miałem wrażenie, jakoby to właśnie Biesiad generował największy pop, a teraz wyłącznie utwierdziłem się w tym przekonaniu. Mnożąc wysoki poziom decybeli generowany przez widownię PpW razy rozmiar grona kibiców cieśli-zapaśnika, otrzymujemy wprost niesamowity hałas. Korci mnie nawet to zmierzyć w jakiś prosty sposób i wrócić tu z rezultatami, ale może następnym razem.

Starczy jednak laurki wystawionej zaledwie połowie uczestników tej walki, bo Marco Hammers, jak na łebskiego i utalentowanego wrestlera przystało, absolutnie nie odstawał od swojego przeciwnika. Co więcej, powiedziałbym raczej, że otrzymaliśmy tu bardzo kompatybilne zestawienie rywali i po prostu dobrze się to oglądało, zwłaszcza w otoczeniu wszystkich dodatkowych atrakcji (przez atrakcje mam na myśli drabinę i stoły). Dwa przepiękne swanton bomby od Biesiada na zakończenie (drugi wypadł jeszcze lepiej, bo pierwszy wylądował ciut za daleko) stanowiły już tylko kropkę nad i postawioną dla formalności, bo nie wierzę aby komukolwiek się ten mecz nie spodobał.

dog collar Match
Olgierd d. Goblin

Przed wejściem na galę byłem święcie przekonany, że to właśnie tę walkę dostaniemy na otwarcie. Najpewniej założyłem tak sobie tak podświadomie po Strap Matchu z Co Za Noooc, że teraz też nietypowa stypulacja rozpocznie show, a tuż po niej rozstrzygną się bardziej typowe singles matche. I muszę tu też przyznać – szło to w parze z niewielkimi oczekiwaniami do tej walki. Spodziewałem się głównie jakichś tanich patentów związanych ze smyczą wiążącą obu zawodników ze sobą, zamiast ciekawej i urozmaiconej walki. Być może zraziłem się trochę Vodka Matchem z ostatniego Hardcore Friday, który nie tyle koncentrował się na dowiezieniu czegoś ciekawego w ringu, co wiecznym wypychaniu przeciwnika na linę. Wspomniany wcześniej Strap Match z zeszłego roku wypadł lepiej, ale też nie jakoś niesamowicie.

I skoro już wyspowiadałem się z tego wielkiego błędu, w jakim tkwiłem, to mogę już z czystym sumieniem ogłosić, że starcie Olgierda z Goblinem stanowi dla mnie bezapelacyjnie najlepszą walkę tego wieczoru i absolutny showstealer, a ponadto jasny punkt w karierze obu zawodników, którym powinni się szczycić w swoich portfolio. Widzę tu jedną z najlepszych walk jaką do tej pory widziałem w polskim wrestlingu (czyli przez kilka bogatych lat) i już spieszę z wyliczaniem wszystkiego, co się tutaj udało.

Dostaliśmy ambitną potyczkę pełną krwi i potu, w której zarówno Olgierd, jak i Goblin zagospodarowali smycz w interesujący, oryginalny, widowiskowy oraz przede wszystkim groźny sposób. Łańcuch sprawdził się nie tylko na pięściach czy jako bicz, ale nawet jako sposób na powieszenie i podduszenie przeciwnika. A nawet bez niego dalej mówilibyśmy tutaj o niezwykle konkretnym pokazie umiejętności, bo w tej walce nie zabrakło ani techniki ani pacingu, a to drugie często jest kulą u nogi w przypadku wielu innych starć.

Jestem także bardzo zadowolony z bookingu, bo Olgierd przy swoim wkładzie w roster PpW niewątpliwie zasłużył na wygraną w tym pojedynku (a jak już wiele razy pisałem, Goblinowi nie brakuje wygranych w ostatnim czasie, więc nie miał tutaj nic do stracenia). Wygrana reprezentanta Legii Łysych wydarzyła się oczywiście w stylu typowym dla heela, tj. w otoczce poniżania swojego oponenta i pastwienia się nad nim, ale dokładnie taka właśnie powinna być.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego co Goblin z Olgierdem zdziałali w tej walce. Stanowiła ona coś, co przypomina po co na kawał dobrego wrestlingu warto wybrać się właśnie do Warszawy i warto o tym nie zapominać na tle zbliżającego się Ledwo Legalne 5. Gratulacje dla obu zawodników – oby żaden z nich nie spoczął na laurach, bo byłaby to niepowetowana strata w rosterze PpW.

ppw championship contendership 20 man 20 weapons Rumble Match
#17 Goblin d. #1 Axel Fox, #2 Stanisław Van Dobroniak, #3 Johnny Blade, #4 Bill Feager, #5 Sambor, #6 Oskar Alexander (/w Agentka Agatka), #7 Robert Star (!), #8 Isnorr, #9 Marcelito, #10 Michael HT (!), #11 Marco Hammers, #12 Osamu (!), #13 Biesiad Strong, #14 Mister Z, #15 Aron Wake, #16 adept Bartosz, #18 Sędzia Kornel (!), #19 Olgierd & #20 Vic Golden

W obfitym i pełnym atrakcji main evencie wzięło udział 20 uczestników, a każdy z nich przyniósł swój personalny przedmiot w charakterze broni. Przy ekstremalnym profilu federacji i tak pokaźnym nagromadzeniu talentu w jednym ringu, taka walka wieczoru musiała się udać. I faktycznie udała się, ale choćby z uwagi na poprzedzający Dog Collar Match, zdecydowanie nie jest moim zdaniem najbardziej udanym punktem w karcie Teraz Albo Nigdy.

Jestem zadowolony z liczby niespodzianek i pomysłów na rekwizyty, ale oprawa walki mogła wypaść nieco lepiej. Nawet nie zastanawiałem się nad tym jak PpW zorganizuje kwestię odliczania nadciągających wrestlerów, bo to całkiem prosty w realizacji temat. Widownia widzi gdzieś wielki licznik i głośno odlicza od dziesięciu do zera, a potem słychać charakterystyczne brzęczenie i do ringu zmierza nowy zawodnik. Niestety i o dziwo, nie to otrzymaliśmy na tym wydarzeniu. Licznik znajdujący się nad wejściem wrestlerów był malutki, więc widownia nie mogła na nim skupić swojej uwagi i samodzielnie odliczać razem z nim. Świadome tego PpW wykorzystało więc własne odliczanie puszczane na głośnikach wraz z migotaniem świateł co wypadło… średnio.

Po pierwsze, brzmienie tego odliczania kojarzyło mi się raczej z soundtrackiem filmu Pan Kleks w Kosmosie niż z wrestlingiem. Po drugie, puszczanie własnego nagranego odliczania w zupełności zagłuszało widownię, więc wyparowała cała otoczka tłumu wyczekującego nowego challengera i tego, kto się nim właściwie okaże być. Po trzecie, niestety brak ekranu lub obrazu rzuconego z projektora w roli titantrona obniża indywidualny charakter wejść zawodników. Szkoda.

Powyższe czynniki obniżyły efekt wow przy licznych, naprawdę fajnych niespodziankach jakie otrzymaliśmy w tej walce, a niespodzianki są właśnie tym, za co widzowie uwielbiają rumble matche. I PpW dobrze o tym wie, bo otrzymaliśmy nie tylko zupełnie niespodziewany powrót Roberta Stara, ale także garść specjalnych, o wiele krótszych występów (Osamu, Michael HT, Sędzia Kornel). Nie zawiódł również aspekt broni, bo do ringu oprócz absolutnej klasyki (stoły, drabiny, kendo sticki) trafiły również: miecz świetlny, Pokéballe, odżywka białkowa oraz… kobieta. Oskar Alexander potraktował Agentkę Agatkę jako swoją broń, którą wniósł do ringu i tym samym dokonał właściwie uprzedmiotowienia swojej managerki (wedle zasad każdy mógł wnieść ze sobą 1 przedmiot), co stanowi dosyć szalony, heelowy wybryk.

A nawet poza niespodziewanymi entrantami i ciekawymi brońmi, otrzymaliśmy sporo dobrego. Heelowy Vic Golden wchodzący do muzyki swojego rozłamanego face’owego tag teamu, Axel Fox i Stanisław Van Dobroniak otwierający starcie otwarciem czteropaka, Biesiad eliminujący Mistera Z w misji samobójczej (i eskortowany przez ochronę Mistera Z), Johnny Blade wracający w bandażach do ringu, Marco Hammers korzystający ze swojego białka w ringu (Marco to najlepsza osoba w Polsce, aby coś takiego sprzedać widowni), Goblin używający drabiny jako obrotowej broni na własnej szyi… a pewnie o czymś zapomniałem.

Nie można zatem odmówić świetnego zagospodarowania czasu i każdego zawodnika. Rumble matche są dosyć specyficzne – ogląda się je dla ścisłej czołówki federacji ze świadomością, że tylko oni są tak naprawdę w grze o wygraną i dla losowych niespodzianek, pojawiających się najczęściej na krótko. Reszta wrestlerów stanowi już głównie tło i filler, co w przypadku tego main eventu nie było tak rażące dzięki właśnie kapitalnemu pomysłowi z brońmi w roli głównej. Wymienione w poprzednim akapicie pomysły oderwały od tego skutecznie uwagę i do pełni szczęścia zabrakło mi niespodzianek z innych federacji zamiast recyklingu zawodników biorących już przecież udział w innych walkach. Mogliśmy w tym miejscu show zobaczyć gościnnie kogoś z MZW, KPW czy LoW i to byłoby coś zupełnie niesamowitego. Kto nie chciałby zobaczyć Zefira w high flyerskim pojedynku z Marcelito? Shadow również pasowałby tutaj jak ulał.

Podsumowanie

Opisanym powyżej triumfem Goblina zakończyło się PpW: Teraz Albo Nigdy. Pełne wrażeń, doskonałych występów w ringu i złożone z samych udanych lub wprost świetnych walk. Dobrze przemyślane i zorganizowane w nowej, dużej hali. Wydarzenie rekordowe dla PpW pod kątem frekwencji, rozmachu i jakości produkcyjnej (choć jakość komentarza naprawdę musi się wreszcie poprawić, a komentarze temu towarzyszące tylko to potwierdzają).

Marcowe show Ewenementu to także wielka reklama nastrajająca zdecydowanie pozytywnie na Ledwo Legalne 5, co PpW doskonale wie – stąd Gustav Gryffin odwiedza Goblina na samym końcu gali, a Ewenement zaczyna tym samym budować hype na czerwcowy main event. Gratulacje i brawa dla każdego zaangażowanego w Teraz Albo Nigdy – nie tylko wrestlerów, ale i wszystkich pozostałych. To spory sukces – najpewniej niejedyny jaki spotka PpW w tym roku.

PS. Podziękowania dla moich obecnych na miejscu znajomych, którzy udostępnili mi niektóre z mediów zawartych w powyższej relacji.