Niesamowite ubiegłoroczne PpW: Teraz Albo Nigdy zawiesiło poprzeczkę wysoko. Po ogłoszeniu kolejnej edycji tej gali w bieżącym roku, od razu byłem ciekaw czy sequel podtrzyma ten poziom. Jak się jednak okazało: trochę tak, trochę nie.

Poprzednie Teraz Albo Nigdy to kamień milowy dla niniejszego bloga, bo relacja z tamtego show właściwie była pierwszym tekstem, który przyciągnął tu pewne skromne grono czytelników. Blog co prawda stał już sobie wtedy od paru miesięcy na serwerze i zapełniałem go powoli treścią, niemniej jednak była to swego rodzaju premiera. Tym przyjemniej było mi rok później sprawdzić aktualne dzieje w PpW, bo wypadłem nieco z obiegu i musiałem nadrobić co ostatnio się wydarzyło w warszawskim Ewenemencie. Nie będę podsumowywał zbytnio tego co wcześniej, bo nie ma to już większego sensu, ale tu i ówdzie należy się parę pochwał oraz przytyków.
Zazwyczaj w tutejszych tekstach zwracam uwagę na aspekty organizacyjne (związane również z transmisjami), więc zmuszony jestem zacząć od czepiania się. No niestety audio na streamach PpW to w dalszym ciągu kompletna padaka, której nie jestem w stanie pojąć. Chłopy, co podbijają całą Polskę wrestlingiem w swoim wykonaniu od Warszawy przez Wrocław czy Trójmiasto aż do Katowic włącznie. Chłopy, co podbijają w sumie nie tylko Polskę, ale nawet Japonię organizując nie jeden, lecz dwa eventy na dalekiej ziemi, stanowiącej jedną z ziem świętych dla historii wrestlingu. Te same chłopy wciąż kasują dwie dychy miesięcznie za VOD, na którym udźwiękowienie dalej brzmi rage quit podczas gry w csa wywrzeszczany do słuchawek i wrzucony na YouTube w 2006 roku. No nie może być.
Jak to jest, że Legacy of Wrestling, które organizuje gale rzadziej dla mniejszej widowni, wrzuca profesjonalną transmisję na YT za darmo, a w PpW za paywallem trzeba sobie dalej masakrować słuch? Nie mam nic przeciwko dostępowi do gal za opłatą – lubię wspierać polski wrestling i mam już w domu niezłą gromadę kubków, t-shirtów, plakatów i innych. Tutaj kompletnie nie chodzi o wydatek, lecz o zaoferowaną jakość. Komentarz trzeszczy (ofc merytorycznie profeska jak zawsze w wykonaniu Antka z kanału Istota Wrestlingu), widownia trzeszczy, wrestlerzy na mikrofonie trzeszczą, a w dodatku wszystko jakimś cudem zlewa się w tak nierówną kakofonię, że jedno źródło dźwięku naprzemiennie zakłóca drugie.
I tak, super że na streamach widać napisy z nazwami wchodzących zawodników oraz sporadyczne ciekawostki podsumowujące lore z ostatnich gal. Dopóki dźwięk nie będzie naprawiony, to niejedna osoba zwyczajnie odbije się od wspierania PpW w formie subskrypcji za VOD. Jakoś ani PTW, ani KPW ani LoW nie ma takiego problemu z realizacją dźwięku na transmisjach. C’mon.
Swoją drogą, gdyby nie ekstremalny charakter PpW, to Twitch byłby fantastycznym miejscem do oglądania takich gal. Donejty i subskrypcje zastąpiłyby obecny abonament, czat wmocniłby fun z oglądania w domu, a do tego w tle czaiłoby się mnóstwo nowych, potencjalnych odbiorców. Impact Wrestling swego czasu radził sobie właśnie w ten sposób.
KARTA
Max Speed d. Sentinel, Antoni Ocean

Na otwarcie gali otrzymaliśmy totalny banger. I być może poleci teraz hot take, ale to moje ulubione i chyba subiektywnie najlepsze starcie z tej gali. Zobaczyliśmy tutaj żwawą konfrontację trzech zwinnych, dynamicznych zawodników pełną widowiskowych akcji. Pacing nie zwolnił ani na sekundę. Od początku do końca tempo akcji było imponująco wysokie, a w dodatku całość zwieńczył zaskakujący pin po rerollu. Fajne to było – rześkie dla oka i oby tak dalej!
PpW Tag Team Championship Match
Zmowa: Marco Hammers & Mister Z d. Rodzina: Gabriel Queen & Agentka Agatka

Wiadomym jest, że wszyscy członkowie tej konfrontacji są w znakomitej formie i solidny poziom ringowych zmagań tej czwórki to solidny pewniak. Na pewno zdarzały się mocniejsze starcia tag teamowe w PpW, ale tutaj wszystko się w sumie zgadzało i po prostu zabrakło „tego czegoś”, co podniosłoby ocenę z czwórki na piątkę. Interesującym akcentem była nieudana interwencja Oskara Aleksandra i… w sumie tyle. Porozmawiajmy zamiast tego o samej Zmowie, bo tu jest o czym pisać.
Nie jestem fanem tego, że Zmowa wygrała pasy tag teamowe jako czteroosobowa grupa i dowolna dwójka spośród tej grupy może ich bronić. Musimy tutaj rozdzielić dwie sprawy. Nie mam nic przeciwko temu ile Zmowa aktualnie trzyma pasów. Stajnie przecież są od tego, żeby dominować – zwłaszcza tak mocno obsadzone stajnie. Jednakże nie podoba mi się rozcieńczanie wartości laurów tag teamowych jako zaledwie przylepki do czteroosobowej heelowej stajni zamiast skojarzenia ich z konkretnym duetem zawodników operujących jako zgrany tag team. No bo, jakby, wartość dywizji tag teamowej idzie ręka w rękę z tym kto w niej panuje jako mistrzowie. A w tym przypadku dwa pasy trzymają aktualnie cztery osoby. Więc są to pasy tak „mocne” jak dwa kubki herbaty zaparzone z jednej torebki.
Ogólnie pasy w Zmowie to ciekawy temat, bo oprócz zdobytych tytułów tag teamowych aktualnie Olgierd dzierży główne mistrzostwo PpW, Axel Fox Jakub stał się mistrzem Legacy of Wrestling, a Marco Hammers stał się mistrzem MZW (sic!). Generalnie Zmowa może zrobić teraz wyjście do ringu wypchane po brzegi pasami mistrzowskimi w stylu Bloodline z WWE w 2022 roku i pokazać się we czwórkę z pięcioma (!) tytułami mistrzowskimi.
Aby to było możliwe, widoczność zdobyczy z pozostałych federacji na galach PpW musi się najpierw poprawić. W Warszawie nie widzieliśmy wcześniej Mistera Z z walizką wygraną w MZW, tak jak nie widujemy aktualnie Jakuba z pasem Legacy of Wrestling kiedy wchodzi do ringu na recenzowanej przeze mnie właśnie gali. Tylko pytanie brzmi: właściwie dlaczego? Joe Hendry występujący jako „wypożyczony” czempion z TNA wyglądałby tak samo niekompletnie bez swojego pasa na Royal Rumble pod szyldem WWE w 2025 roku, jak teraz wyglądają czasem członkowie Zmowy.
barbed wire mayhem match (PpW Tag Team Championship)
Olgierd (c) d. Johnny „Bullson” Blade

Wychodzi na to, że Olgierd jest królem stypulacji wykorzystujących metal. Czy to Dog Collar Match (zarówno w Polsce czy w Japonii) czy Chain God Realm Match, czy jest pas na szali czy nie – Olgierd po prostu wygrywa. I jest to fajny booking, aby ktoś miał swoje podwórko, na którym uchodzi za niepokonanego – taka obrona tytułu do mnie przemawia. W drugim narożniku Johnny jak zwykle włożył kawał dobrej, profesjonalnej roboty w realizację paru wykręcających żołądek akcji, więc całościowo zobaczyliśmy tutaj po prostu solidną potyczkę z obroną pasa. Z jednym minusem.
Siedem minut to za mało na tak ekstremalną stypulację pełną okrutnych zabawek. Wszystko wyszło fajnie, ale przy tak dewastujących broniach owiniętych drutem kolczastym tego typu walka powinna dawać widzowi wrażenie stopniowego wyniszczania się do upadłego. Do tego potrzebny jest czas na leżenie na deskach, zbieranie sił i dokładanie swojemu przeciwnikowi kolejnych bolesnych okrucieństw. Bez tego jest to wszystko po prostu mniej przekonujące i zbyt pospieszne. Zatem walka wyglądała bardziej jak ekspresowa przejażdżka od spotu do spotu, żeby odhaczyć akcję z każdym przedmiotem leżącym w pobliżu i już, fajrant.
„Mam dość” match
Goblin d. Jakub

Tu także bardzo konkretnie, ale za krótko. Dziesięć minut to za mało na walkę, w której zawodnik musi po prostu dotrzeć do granic fizycznej wytrzymałości i skapitulować do mikrofonu. Kwadrans to rozsądne minimum, a 20 minut to zalecane optimum. Zawodnicy muszą mieć najpierw czas na wzajemne wykończenie się, bo dopiero po kilku, kilkunastu minutach jest tak naprawdę sens, aby sędzia odpytywał wrestlera czy się już poddaje. Kiedy trzeba natomiast zapakować cały ten proces w ok. dziesięć minut oglądamy coś w stylu:
– masz dość?
– a teraz?
– no to może teraz?
i miałbym tutaj spory niedosyt, ale podobał mi się cwany finisz, bo Jakub po prostu leniwie skapitulował przedwcześnie budując tym samym heat pośród widowni oczekującej ambitniejszego finału. Cwaniactwo nie uchroniło go jednak przed wylądowaniem na stole pełnym pinezek. Więc gdyby tak dołożyć tylko parę minut do tej rywalizacji to byłoby świetnie. A tak, to jesteśmy gdzieś w okolicach szkolnej piątki z minusem.
25 typa 25 broni match
Biesiad d. Antoni Ocean, Martynka, Ladykiller, Marco Hammers, Robert Star, Mutant, Feager, Sentinel, Filip Fux, Oskar Aleksander, Agentka Agatka, Goblin, Marcelito, Tony Sheen, Sambor, Michael HT, Sędzia Seweryn, Bartosz Plata, Leon Lato, Isnorr (!!!), Gabriel Queen, Jakub, Jacob Crane, Mister Z
Wydaje mi się, że całościowo main event wypadł bardzo podobnie do zeszłorocznego. Było parę niespodzianek, były powroty (powrót Isnorra to rewelacyjna sprawa) i było parę fabularnych zaskoczeń (np. spięcie w Rodzinie). Co mi się natomiast nie podobało, to niemrawa akcja w ringu, zwłaszcza podczas pierwszych kilku, kilkunastu entrantów.
Miało się znowu to wrażenie, że akcja toczy się właściwie tylko wokół wchodzącej osoby, a pozostałe leżą przy linach i „odpoczywają”. To jest trochę bolączka formatu a la Royal Rumble, ale w ringu WWE dzieje się więcej – jest jakiś pierwszy plan, a pozostali aktywniej walczą w narożnikach i czasem właściwie trudno nadążyć za tym co się dzieje. Dlatego uważam, że tempo i poziom zamieszania opisywanego main eventu w PpW ewidentnie mogłoby tu wskoczyć na wyższy bieg.

Niemniej jednak, na oklaski i pochwały zasługuje kapitalna obsada tego starcia. Fantastycznie jest widzieć zawodników z KPW w PpW! W sumie wychodzi na to, że teraz to KPW pozostaje jedyną profesjonalną organizacją w Polsce, której gale obsadzone są wyłącznie swoim rosterem bez akcentów z innych federacji – może pora to zmienić?
Zwycięzca trochę mnie zaskoczył. Z jednej strony dawno nie widziałem Biesiada z pasem w PpW, a z drugiej trochę zaczynam być już przesycony tym, że w centrum uwagi z głównym laurem w PpW są zazwyczaj Gustav Gryffin, Goblin, Mister Z i Biesiad. Wiem, że to są wszystko weterani Ewenementu, świetni zawodnicy i main eventerzy, ale pora na coś świeżego. Nie dosyć, że wątek Zmowy trwa już od wieków, to właściwie poza stajniami w Ewenemencie niewiele się dzieje.
W dalszym ciągu obserwujemy przeważnie w sumie story budowane wokół Zmowy lub Rodziny, a reszta to najczęściej randomowe walki bez story w tle. Nie miałbym nic przeciwko, aby Sambor, Bartosz Plata, Marcelito czy ktokolwiek miał wreszcie swojego dedykowanego rywala na kilka gal z rzędu w różnych stypulacjach. Albo żeby do rywalizacji 2-3 tag teamów doczepić jakąś fabułę, abyśmy oglądali wreszcie początkowe i środkowe starcia w karcie gal toczące się o coś. Bo na ten moment mamy mnóstwo talentu, który nie ma o co walczyć i po prostu ląduje w kolejnych walkach o nic. Nie pomaga też tutaj fakt, że pas PpW Ultraviolent został teraz w Japonii, a lowcarderzy oraz midcarderzy nie mają jakiegoś pasa do zgarnięcia – natomiast główny tytuł krąży w kółko między czterema zawodnikami.
Podsumowanie
PpW: Teraz Albo Nigdy 2 to definicja zwrotu mixed bag. Właściwie w każdej walce z kilometra widać tony talentu zaangażowanych zawodników, ale wyraźnie brakuje odskoczni od odysei fabularnej budowanej wyłącznie wokół Zmowy oraz Rodziny. Bardziej ekscytowałbym się nowym feudem w lowcardzie lub midcardzie albo nowym faworytem publiczności sięgającym po właściwie dowolny pas, choćby z tektury. Zamiast tego od dłuższego czasu oglądamy wyłącznie 2 stajnie na zmianę we wszelkich konfiguracjach i trochę losowych pojedynków na dopchanie karty. Na etapie występów w całej Polsce i dysponowania tak świetnym rosterem nie mam wątpliwości: można z tego wykrzesać coś ciekawszego.
Z drugiej strony, nowy talent w PpW (zarówno dostarczany przez Ewenement Dojo, jak i przez MZW oraz KPW) to wielki powiew świeżości. Może z tego kierunku wyniknie coś wartego uwagi, jak Survivor Series Match albo po prostu nowe, interesujące feudy. Czas pokaże!
