PpW hucznie powróciło do Hali Labo z kolejną galą. Galą, która co ciekawe stanowi drugą edycję „karcianego” show w wykonaniu Ewenementu (pierwsza odbyła się w 2023 roku). Nie będę owijał w bawełnę – nie było mnie wtedy na Waldorffa 25 w Warszawie i nie mam żadnego zdania na temat tamtego eventu, więc nie będzie też na tym tle żadnych porównań. Ale za to mam sporo do napisania na temat tegorocznej odsłony. Jak było?

Na ten moment PpW pojawia się na łamach tego bloga najczęściej. I dzieje się tak nie do końca dlatego, że jestem stronniczy, a dlatego że niestety ominęło mnie parę fajnych gal w tym roku. Myślę tu szczególnie o KPW, które moim skromnym zdaniem radzi sobie aktualnie wprost fantastycznie i ma już na koncie 2025 roku aż 7 różnych wydarzeń (dla porównania, w całym 2024 roku było ich 5). W tym zaszczytnym gronie znajduje się między innymi KPW Godzina Zero 2025 (flagowy cykl federacji), trzy odsłony KPW Arena czy też poboczne gale zorganizowane w Trzebieniu dla amerykańskich żołnierzy (polskie „Tribute To The Troops” – szalenie ciekawa sprawa) oraz w Kadzidle na… dożynkach. I choć nadmorskie KPW ostatnio stało się naprawdę wszechobecne, a ja staram się śledzić każdą* (* – no wiecie) organizację, sezon wakacyjny rządzi się własnymi prawami. I widocznie karta sprzyjała temu, żebym wrócił do aktywnego śledzenia naszego wrestlingu dopiero na Mistrzowskim Rozdaniu 2. Kiedy to piszę, następne MZW czai się tuż za rogiem i ponownie wiem, że mnie tam niestety nie będzie, a do Wrocławia wrócę dopiero na kolejne PpW w październiku.
Przez „wrócić do śledzenia wrestlingu” mam też na myśli częściowo swój przesyt. Chociaż Ledwo Legalne 5 wypadło przecież fajnie, to nie dało mi tego „czegoś”, co kazałoby niecierpliwie czekać na więcej – przypominało mi bardziej satysfakcjonujący finał filmu, który nie potrzebuje sequela, niż sezon serialu zamknięty mocnym cliffhangerem podtrzymującym zainteresowanie na kolejny rok. Ale tak się złożyło, że akurat tym razem byłem w Warszawie na weekend, więc postanowiłem że przy okazji wpadnę ponownie do Hali Labo. I całe szczęście, bo wielką stratą byłoby to wszystko przegapić!
Zanim jednak o wyśmienitych walkach, trzeba jeszcze poświęcić parę słów warstwie organizacyjnej. Nie ma co się rozwodzić na temat stoiska z merchem czy piwa – tutaj wszystko w porządku i po staremu. Natomiast tym, co trochę na miejscu wszystkich zaskoczyło okazało się umieszczenie gastro… na zewnątrz z boku hali. Oczywiście bez żadnych kartek ze strzałkami, żeby nie było za łatwo. Z pomocą wszystkim poszukujących hot-dogów po ciemku przyszedł dopiero Michael HT, który w trakcie przerwy ogłosił na mikrofonie gdzie właściwie jest gastro. Dla porównania, na PpW Teraz Albo Nigdy wrapy były sprzedawane obok stoiska z piwem. XD

W temacie marudzenia pozostaje jeszcze jeden wątek. Niestety podobnie jak na Ledwo Legalne 5, momentami nie było czym oddychać, a samo stanie w bezruchu zupełnie wystarczyło aby się konkretnie spocić. To najwyraźniej bolączka samej hali i szkoda, ale warto mieć to na uwadze w taką pogodę – zwłaszcza jeśli ktoś ma tendencję do słabnięcia na koncertach czy tego typu imprezach. W tej sytuacji miejsce pod ścianą na podwyższonych trybunach stojących jest naprawdę w cenie – warto je sobie odpowiednio wcześniej zająć, aby móc czasem odpocząć i nie zasłabnąć od kilku godzin stania w takim zaduchu.
A propos miejsc, to wbrew pozorom i niemrawo zapełniającej się sali po godzinie 19, frekwencja zdecydowanie dopisała! Kiedy show rozkręciło się na dobre, sala się naprawdę wypełniła po brzegi, co klasycznie przełożyło się na świetną energię, masę dopingu oraz nieustające chanty przez całe show – czyli zainteresowanie wokół PpW nie słabnie. Trudno się temu zresztą dziwić biorąc pod uwagę znakomity poziom całego show. Przejdźmy zatem do karty!
KARTA
Pre-show triple threat match (wielkie testy platy)
Adept Antek d. Bartosz Plata, Max Speed (!)
Nie jedna, a dwie duże niespodzianki! Rywalem Bartosza Platy okazał się nie tylko adept Antek, lecz także debiutujący w PpW Max Speed (!). Najpierw jednak kilka słów o najnowszej twarzy na polskiej scenie wrestlingowej. Trzeba od razu powiedzieć, że jest to właściwie świetna reklama dla szkółki warszawskiego Ewenementu. Adept Antek wniósł do tej walki naprawdę interesujący moveset i całe mnóstwo charyzmatycznej energii, czym zaskarbił sobie prędko sympatię publiczności. Może i czasem noga zahaczyła o linę, a coś tam nie było do końca czysto, ale przy takim stażu w ringu są to nic nieznaczące detale. Ciężko się przecież „sprzedać” jako face, a zarazem rywal dwóch kolejnych, znanych i lubianych face’ów, a adept Antek to zrobił zdobywając jednocześnie swoją pierwszą wygraną! Taki debiut bardzo dobrze wróży na przyszłość – czekajmy zatem na więcej.

Tymczasem Max Speed pojawiający się na kolejnym ringowym „terytorium” to równie świetna wiadomość. Rozpędzony wrestler zamienił tym samym Kozłów na Kraków, Warszawę i już zaraz Wrocław. A kto wie, być może do tego grona dołączy również Gdynia? Aktualnie pozostaje nam tylko śledzić dalszy rozwój wydarzeń i obstawiać gdzie Max Speed zdobędzie kolejny w swojej karierze pas. To już tylko kwestia czasu.
O Bartoszu Placie można zaś napisać przede wszystkim, że tak przegrać to jak wygrać. Żaden z debiutantów nie przyćmił go przecież w tej walce i niepowtarzalna ringowa charyzma naszej namiastki puro w Polsce była tu jak zawsze obecna. Cieszy mnie też zestawienie trzech face’ów przełamujące monotonne pojedynki face’ów z heelami. W tej walce nikt nie potrzebował bawić się w heela – publiczność dzieląca swój doping oraz uwagę pomiędzy każdym z wrestlerów zdecydowanie to potwierdziła.
tag team match
Sentinel & Wonder Haze d. Marcelito & Sambor
Podobał mi się ten występ meksykańskich luchadorów. O ile czasem węgiersko-meksykański duet prezentował się równo pod kątem poziomu na tle swoich rozmaitych przeciwników, tak w tej walce luchadorzy wypadli po prostu ciekawiej i barwniej od Marcelito współpracującego z Samborem. Najpewniej to kwestia większej liczby ruchów płynących prosto z Meksyku, szalenie przecież widowiskowych.

Niezmiennie i niezmiernie raduje mnie regularna obecność zamaskowanych wrestlerów z importu w PpW, zarówno pod kątem urozmaicenia na tle reszty rosteru, jak i pod kątem oferowania highflyerskiego show na stałym, solidnym poziomie. Trochę zachodzę tu w głowę dlaczego właściwie w PpW nie ma pasów tag team i komu by to przeszkadzało. Praktycznie co galę widzimy jakieś potyczki tag teamowe, wystarczyłoby tylko do tego dorzucić pasy (mogą być przecież nawet z plastiku) i można by wreszcie przekuć starcia w duetach w coś storyline’owego – z ważną nagrodą na szali.

Obejrzałbym też więcej akcji w wykonaniu team-upu Marcelito i Sambora. Spokojnie mógłby to być sporadycznie przewijający się tag team w PpW, nawet z typowym scenariuszem rozpadu i głośną, rozstrzygającą konfrontacją jeden na jeden po paru miesiącach. Innymi słowy, obie strony tego konfliktu dają z siebie naprawdę wiele w federacji – zatem można z tych wszystkich talentów wykrzesać jeszcze więcej w przyszłości.
PS. Sambor musi niestety rozstać się z ringiem na pewien czas z powodu kontuzji kolana. Szybkiego powrotu do zdrowia!
Marco Hammers d. Axel Fox
I dla kontrastu, tak jak w poprzednich akapitach brakuje mi pasa w tle, tak tutaj zwyczajny singles match wystarcza do pełni szczęścia. Przypominają mi się tutaj singles matche topowych talentów w WWE. Czasem kiedy nazwiska w zwykłych walkach są naprawdę topowe i budzą duże emocje, niepotrzebne są żadne stypulacje i rywalizowanie o pas mistrzowski. Na naszym podwórku, zestawienie Axela Foxa i Marco Hammersa jest tego doskonałym przykładem.

Wychodzi topowy face, wychodzi topowy heel, a publika już na tym etapie otrzymała wszystko co potrzebne do pełnej euforii. Ja w tym czasie obserwuję po prostu kawał solidnego, ringowego rzemiosła po obu stronach. Dźwignie, supleksy, akcje wysokiego ryzyka – wszystko podręcznikowe, w dobrym tempie, a ponadto współgrające z energią widowni. Trochę to wyglądało jak dwóch gości wychodzących, żeby pokazać jak robi się dobry wrestling. Nie ma się do czego przyczepić, kapitalnie się to oglądało.
Wraca do mnie tylko jak bumerang temat dalszych planów na Axela Foxa. Dopiero co był przecież tak sfrustrowany serią porażek, a tu kolejna przegrana do kolekcji? Nawet jeśli jest to podparte jakimś większym storyline’owym planem, trochę mnie smuci tegoroczny ringowy bilans Polskiego Lisa. Mówimy przecież o talencie main eventowym, który statystycznie na papierze dla niewtajemniczonych może uchodzić wręcz za jobbera. Push potrzebny od zaraz!
SEGMENT: Zmowa w ringu (Gustav Gryffin, Mister Z, Marco Hammers)

Świetny segment. Widzowie ewidentnie nie mogli się doczekać face turnu Gustava Gryffina – cała sala wprost oszalała kiedy były mistrz Ewenementu odwrócił się od swojego szefa. Takie segmenty przynoszą równie dużo funu co udane walki. Im więcej, tym lepiej.
Witamy Bartoszyce z powrotem na mapie Polski!
Tornado Tag Team Match
Oskar Alexander & Agentka Agatka d. Stanisław Van Dobroniak & Johnny Blade

Chyba jakoś nie bawi mnie comedy wrestling. Nie bawił mnie swego czasu ani Vodka Match na Hardcore Friday 21.000 ani Donky Kong Weaponmaster Match na Grubej Przesadzie. Bo właściwie po co cały ten kayfabe, cały ten spektakl, widowiskowe ruchy i ogółem budowanie czegoś co stwarza imersję pozwalającą odłożyć rozsądek na bok żeby uwierzyć we wszystko co właśnie się dzieje przed oczami? Po to, żeby chwilę później dorosły chłop dorosłemu chłopu wymachiwał kabanosami przed nosem?

Ringowo było nawet okej, akcja nie zwalniała tempa, a w ruch poszło nawet parę brutalniejszych rekwizytów. To było w zasadzie żwawsze widowisko niż np. podczas intergender tag team matchu na PTW #6 (Diana Strong & Heidi Katrina vs Legia Łysych). Ale ciężko dostrzec w tym jakąś wartość – zamiast komedii widzę tu cringe, a zamiast wartościowej wygranej budującej jakiś push widzę reputacyjny krok w tył.
Najsłabszy punkt w karcie. Umówmy się, że kiedy tego typu pomysły lądują w WWE i AEW nikt im nie klaszcze. Więc obiektywnie patrząc, tu też nie widzę po prostu sensu.

Walka zakończyła się po interwencji Roberta Stara, zaskakującego sprzymierzeńca duetu Oskara i Agatki. Trochę póki co nie widzę Roberta w roli heela tak wyraźnie jak w roli face’a, ale to się może jak najbardziej zmienić z czasem – potrzebne byłoby np. nowe theme i ogólnie jakieś odświeżenie gimmicku.
PpW Championship match
Goblin (c) d. Robert Star

Świetna rywalizacja z obroną pasa w tle. Bookingowo do bólu przewidywalny pewniak, ale w dalszym ciągu kawał dobrego show. Podobnie jak w przypadku Axela Foxa i Marco Hammersa – mówimy o dwóch w pełni rozwiniętych talentach, więc nie trzeba było w ogóle się martwić o poziom takiego zestawienia.

Było widowisko, były spektakularne akcje i były interwencje podnoszące poziom ciśnienia pośród widzów. W ruch poszedł między innymi kendo stick, krzesła czy też śmietnik. Wyglądało to wszystko boleśnie, realnie oraz przede wszystkim angażująco dla całej publiki. W skrócie: wszystko git.
Elimination fatal 4-way match
Biesiad Strong d. Gabriel Queen, Vic Golden, Olgierd
W czasie tego szalonego pojedynku miałem sobie taką myśl. Gdyby tak przeteleportować kogoś z WWE w tym momencie do Warszawy, żeby gdzieś w tłumie anonimowo obejrzał sobie na jakim poziomie stoi wrestling w Polsce, myślę że kto by to nie był, choćby Triple H, to byłby pod ogromnym wrażeniem tego co udało się tu stworzyć przez rosnące grono szalonych pasjonatów. Szalonych, bo trzeba być szalonym, aby dla wciąż relatywnie mało popularnego wrestlingu w Polsce (i płynących z tego zysków w opozycji do poświęceń zdrowotnych oraz czasowych) chcieć dobrowolnie lądować na stołach, obrywać drutami kolczastymi i forsować swoje plecy uderzeniami z metalowego krzesła. Mówiąc krócej, mamy aktualnie w Warszawie wyśmienitą wizytówkę wrestlingu, a całość tego main eventu jest tego dowodem.

PpW zamknęło Mistrzowskie Rozdanie 2 rzeczywiście po mistrzowsku, main eventem przyćmiewającym resztę wieczoru – istną jazdą bez trzymanki. Zobaczyliśmy 4 doskonałe talenty w równym starciu i nie brakowało tam naprawdę niczego. Pojawiły się zarówno kapitalne spoty (np. genialny zsynchronizowany suplex w ringu z atakiem drabiną pod ringiem), jak i popisowe akcje każdego z wrestlerów – od 619, przez swanton bomby aż po ataki z główki w wykonaniu łysej części tego starcia. Swoje spektakularne momenty miał też oczywiście Gabriel Queen oraz Vic Golden – najwyraźniej ich rywalizacja wcale się jeszcze nie skończyła.

Widownia naturalnie współgrała z całym tym szaleństwem i z równie szaleńczym zapałem głośno starała się nadążać za akcją, która działa się właściwie wszędzie. Absolutny creme de la creme stanowił tu absurdalny wręcz finisz, a mianowicie Olgierd lądujący wraz z Biesiadem z góry drabiny na czterech stołach ułożonych w dwupiętrową, morderczą konstrukcję. Jak to w ogóle brzmi?! Sam fakt, że udało się to bezpiecznie zrealizować obydwu zawodnikom to już powód do zdjęcia czapek z głów, a biorąc pod uwagę jak widowiskowo to wszystko wyglądało, powiedziałbym nawet, że nie da się nie być pod gigantycznym wrażeniem.
PS. Propsy dla sędziów PpW trzymających drabinę we trójkę w kluczowym dla bezpieczeństwa momencie.
Podsumowanie



Goblin odwiedzający triumfującego Biesiada z piwem w rękach to najlepsze możliwe zwieńczenie tej gali. Widzimy w nim oddech od ciągnących się starszych wątków wokół Zmowy i pozostałych wrestlerów, a jednocześnie otwarcie kolejnego rozdziału w historii PpW. Rozdziału, który otwarto wprost fenomenalnie.
A już za rogiem czai się kolejna sensacja, jaką niewątpliwie będzie Justin Joy wracający do ringu po paru latach we Wrocławiu podczas PpW Wjazd na Rewir. I tam również warto się oczywiście pojawić!
