Po całkiem sporej (niemal półrocznej) przerwie, Legacy of Wrestling dostarczyło wyczekiwany sequel swojego debiutanckiego show. Tym razem udało się nie tylko wyprzedać wszystkie bilety, lecz także przebić poprzednią kartę walk wprost szaloną ilością talentu zgromadzonego w jednym miejscu. Jak zatem można ocenić LoW vol. 2? Czy jak to z sequelami bywa: „jedynka” była jednak lepsza?

Nie mam niestety swoich zdjęć z LoW vol. 2, bo się tam nie pojawiłem. Po części nie pasowała mi data, a po części straciłem zainteresowanie gdy zobaczyłem, że ponownie padło na niedzielny termin. Z tej okazji oprawię swoje przemyślenia na temat transmisji z gali w tę samą otoczkę, co zarząd Legacy – a więc w oprawę z The Office. Zapraszam do lektury!
Pewnego razu w Illinois
Mamy maj 2017 roku. Znany i nie tak powszechnie lubiany wrestlingowy dziennikarz Dave Meltzer stwierdził, że Ring of Honor nie jest w stanie sprzedać 10 000 biletów na swoje show. Sztuka ta nie udała się od 1993 roku żadnej federacji rywalizującej z WWE poza WCW (wykupionym i zamkniętym przez WWE w 2001 roku). Arogancka opinia Dave’a Meltzera zyskała szybko nie lada trakcję i odpowiedział na nią bezpośrednio sam Cody Rhodes, który jako promotor w towarzystwie The Young Bucks podjął się karkołomnego wyzwania – zorganizowania czegoś, co przyciągnie tłumy wokół ringu na amerykańskiej arenie.
Współpracujące pod wodzą Ring of Honor federacje skrzyknęły się, aby rzucić rękawicę w stronę WWE. W karcie walk pojawiły się nie tylko nazwiska z amerykańskiego TNA, NWA czy MLW, lecz także z meksykańskiego AAA i japońskiego NJPW. Aspekt kolaboracji pomiędzy licznymi federacjami zaowocował dużym zainteresowaniem nie tylko ze strony widowni, lecz także dziennikarzy oraz inwestorów. Wreszcie, w sobotę 1 września 2018 roku w Sears Centre Arena w stanie Illinois odbyło się wymownie nazwane All In. A co z zakładem o 10 000 biletów?
Jeszcze kilka miesięcy przed samym wydarzeniem w 30 minut po uruchomieniu sprzedaży biletów dokładnie 11 263 wejściówki zostały wyprzedane po ogłoszeniu zaledwie pierwszej walki (!). All In okazało się historycznym kamieniem milowym dla wrestlingu w USA, a wraz z udziałem nowych inwestorów sukces ten przerodził się ostatecznie w nowego groźnego rywala dla WWE, a mianowicie funkcjonujące do dziś All Elite Wrestling.
Streściłem ten kawałek historii nie bez powodu. Historia All In z mojego punktu widzenia stanowi wzór dla naśladowania dla Legacy of Wrestling i potwierdza zresztą potencjał tkwiący w inicjatywie kilku liczących się federacji, które łączą swoje siły we wspólnym wydarzeniu, aby uderzyć do szerszej publiki i przyciągnąć nowych zainteresowanych. Problem w tym, że jest pewna duża rzecz, którą All In zrobiło lepiej niż obie gale LoW i chciałbym to niżej omówić. Oczywiście pamiętam, bilety w Katowicach zostały ponownie wyprzedane. Nie oznacza to moim zdaniem jednak, aby potencjał Legacy of Wrestling zawierał się w aktualnym rozmiarze puli sprzedawanych biletów. Innymi słowy, porozmawiajmy raz jeszcze o tej niedzieli.
W niedzielę hype spada o wiele
Już opisując poprzednie widowisko naszej nowej federacji trochę marudziłem na pomysł zbierania wrestlerów z różnych stron Polski w niedzielne popołudnie. I kiedy po paru tygodniach ciszy po sold oucie grudniowej gali Legacy of Wrestling wynurzyło się na Facebooku, aby potwierdzić drugie show i wypuścić trailer moja reakcja wyglądała mniej więcej tak:
Z tego właśnie powodu nadrobiłem wówczas Q&A poprowadzone przez ShowOffa na YouTube, w którym to niedziela stanowiła właściwie temat numer jeden na streamie. Nie dziwota. Organizowanie eventu z tak atrakcyjną kartą w tak nieatrakcyjnym terminie to zawód dla wielu osób – zwłaszcza dla tych przyjeżdżających z innych części Polski, które potem nie mają jak wrócić do domu w porze pozwalającej na komfortowe zetknięcie się z poniedziałkową rutyną w pracy czy na uczelni.
Wiem, że to temat widoczny dla samego Legacy. Stąd upchnięcie całego widowiska w około 3 godziny, aby dało radę złapać jeszcze „ostatni pociąg do siebie”. W praktyce, o ile „do siebie” nie oznacza tutaj Wrocławia lub Warszawy, a na przykład Poznań lub Trójmiasto lub miasto powiatowe, gminne albo po prostu wieś – lipa. Nie trafia do mnie tutaj żartobliwa narracja z wspomnianego Q&A, jakoby problem tkwił w zbyt dużym zainteresowaniu sąsiadującymi eventami (tydzień wcześniej MZW Forever, tydzień później KPW Arena 28), a w rezultacie w braku możliwości znalezienia dogodnego terminu w napiętym okresie dla polskiego wrestlingu.
Mam tutaj dwa argumenty. Pierwszy z nich stanowi fakt, że gala numer jeden się wyprzedała. Jeśli debiutanckie Legacy of Wrestling od początku nie było planowane jako jednorazowy wybryk, a popyt przecież okazał się wystarczający (sprzedano każdy bilet co do sztuki), to być może z większym wyprzedzeniem można było podjąć starania, aby znaleźć lepszą datę która przyciągnie więcej osób?
Inne federacje aktualnie radzą sobie z tym lepiej. Dla przykładu, Rosetti na końcu 27. odsłony KPW Arena ogłosił od razu termin następnego wydarzenia. PpW również z większym wyprzedzeniem zapowiada swoje gale – zaraz odbywa się kwietniowa Ostatnia Prosta, a jednocześnie dostępne są już od dawna bilety na czerwcowe Ledwo Legalne 5. Nie mam jednak doświadczenia z organizacją imprez masowych i mogę się tutaj mylić, że zarząd Legacy mógł zadziałać szybciej w jakiejś kwestii organizacyjnej. Równie dobrze losy drugiego show mogły być niepewne do ostatniej minuty (ze względów finansowych, z powodu sponsorów itd.), a gdy już pojawiło się zielone światło, było za późno na zorganizowanie czegoś w sobotę.
Drugi argument jest natomiast przewrotny, ponieważ jeśli faktycznie mylę się w poprzednim akapicie i rzeczywiście zaistniał mocny powód uniemożliwiający wcześniejsze zabezpieczenie lepszej daty to… nie ma znaczenia. Przynajmniej dla znacznej większości fanów.
Żaden konkretny powód nie przesuwa Katowic ani o kilometr bliżej dla kogoś kto mieszka w okolicach Trójmiasta i chce zobaczyć gwiazdy KPW ścierające się z talentem innych federacji, a zarazem wrócić do siebie tak, aby nie brać następnego dnia w pracy urlopu. Żaden problem logistyczny podany jako wytłumaczenie dla fanów nie skróci ani o minutę Poznaniakom powrotnej podróży pociągiem – a z tego, co sprawdzałem w grę wchodził tylko pociąg o 21:09, dojeżdżający do stolicy Wielkopolski dopiero o 1:21 w nocy. Jak mniemam, pod tym kątem jeszcze gorzej sprawa może wyglądać dla załogi Legacy czy też zaangażowanych wrestlerów, którzy to zazwyczaj muszą być obecni na takich wydarzeniach wcześniej, a opuszczają je jeszcze później.

I z tego właśnie względu, na pierwsze Legacy of Wrestling pojechałem w drodze wyjątku, aby mimo kiepskiej daty wesprzeć inicjatywę – naginając jednocześnie trochę swoje prywatne sprawy w poniedziałek, podobnie jak parę innych osób jadących wraz ze mną. Takich osób jest więcej. Już pod trailerem ogłaszającym galę na Facebooku w komentarzach dominował temat niedzieli, którą określono nawet jako „tragiczny termin dla przyjezdnych”, pod czym mogę się tylko podpisać. Oznacza to zmarnowany potencjał. Ponownie mamy do czynienia z kartą wypchaną naprawdę kapitalnymi wrestlerami, z której musi zrezygnować liczne grono zainteresowanych osób.
W dalszym ciągu (nawiązuje do relacji z „jedynki”) nie przekonują mnie tutaj również Katowice jako lokalizacja. KPW fantastycznie angażuje się w wydarzenia Legacy i szkoda, że ich widownia ma właściwie najdalej do widowiska zestawiającego ich faworytów z wrestlerami pozostałych zaangażowanych federacji.
Walki złożone z gwiazd występujących zazwyczaj w Warszawie, we Wrocławiu czy też w Gdyni, ale odbywające się jednak w Katowicach to kiepski kompromis. Nie da się w ten sposób zebrać sporego procentu widzów PpW, KPW i MZW, który razem zbudowałby zapewne większą frekwencję gdzieś bliżej centrum Polski. Zwłaszcza, że Łódź i Poznań to „neutralny” terytorialnie grunt, idealnie nadający się do organizacji gali wykraczającej poza pojemność Mińskiej 65 (PpW) bądź Nowego Haremu (KPW). A to moim zdaniem powinno być naczelne zadanie Legacy of Wrestling – brać topowych zawodników z każdej organizacji i wyprzedawać bilety dzięki kolaboracyjnym dream matchom.
To realistyczna szansa na duży krok naprzód dla polskiego wrestlingu bez ryzyka związanego z bookowaniem wielkich aren i opłacaniem zagranicznych gwiazd, co przyczyniło się swego czasu do kłopotów PTW. Sobota w centralnej części Polski zapewniałaby maksymalnie wyjście naprzeciw wszystkim zainteresowanym, a zatem maksymalizację szans na sprzedanie wielu wejściówek. Przy rosnącym zainteresowaniu polskim wrestlingiem, moglibyśmy traktować gale LoW jako miejsce spotkań dla fanów KPW, PpW i MZW z kartami walk kalibru polskich WrestleManii zamiast jako lokalne wydarzenie na Śląsku z domieszką wyjadaczy jeżdżących za wrestlingiem po całej Polsce. Crossoverowe wydarzenia cieszą się dużą popularnością na całym świecie (Forbidden Door – AEW x NJPW, Worlds Collide – NXT x AAA). Mam wrażenie, że Polska nie byłaby tutaj wyjątkiem – gdyby tylko trochę lepiej dopisał termin i lokalizacja całego widowiska.
Cesarzowi, co cesarskie
Tyle z przedmowy, porozmawiajmy już wreszcie o samej gali, bo trzeba tutaj oddać szacunek, że federacja faktycznie czuwa nad feedbackiem, jaki dostaje i stara się robić z niego dobry użytek. Właściwie na samym początku show zaadresowano już temat braku ring announcera z prawdziwego zdarzenia i rozwiązano go prezencją… Wiktora Longmana (!). Cieszy mnie to niesamowicie z dwóch powodów. Po pierwsze, sam w relacji z „jedynki” marudziłem na brak wyrazistego gospodarza w LoW, a po drugie zobaczyliśmy wreszcie Wiktora Longmana w ringu Legacy of Wrestling (no właściwie w ringu MZW, użyczonym dla Legacy of Wrestling, ale wiadomo co mam tutaj na myśli), którego odczuwalnie zabrakło na poprzedniej odsłonie.
Wiktor Longman to ktoś komu niezwykle mocno kibicuję. Moim zdaniem ścisła czołówka wśród polskiego talentu. Gość z niesamowitą charyzmą, formą i prezencją, którą zjada w całości wielu ringowych weteranów i zarazem wzbudza wokół siebie nie lada zainteresowanie. Wielokrotnie obserwowałem w naszym internecie, że Longman jest w zaszczytnym gronie osób, które widownia naprawdę całkiem jednomyślnie docenia w razie prezencji na dowolnej gali (i o które upomina się równie mocno w razie absencji). Oby powrót do ringu wiązał się także z powrotem do czynnej rywalizacji, w przeciwnym razie byłaby to niepowetowana strata, co potwierdza sympatia jaką Wiktor otrzymuje przy każdym swoim występie ze strony widowni pomimo skąpej prezencji na polskich ringach przez ostatni rok (PTW #6, PpW: Co Za Noc i… tyle).
O tym, że nowy ring announcer wyglądał jak milion dolarów, brzmiał równie dobrze i zarazem nie dał sobie wejść na głowie żadnemu z wrestlerów już wiemy. A pozostając w temacie brzmienia, transmisję na kanale Extreme oglądało się naprawdę komfortowo – znany i lubiany, niezawodny duet komentatorski (Arek Paterek & Łukasz „Balik” Baliński) spisał się jak zwykle. Pokłony należą się także dźwiękowcom, dzięki którym wszystko brzmiało równo i wyraźnie. Przez „równo” mam tutaj na myśli brak konieczności oglądania całej gali z pilotem w ręce, aby co chwilę zwiększać i zmniejszać głośność, aby na zmianę nie ogłuchnąć od trzeszczenia mikrofonów komentatorów i zarazem dosłyszeć co mówi osoba z mikrofonem w ringu. Takie niedociągnięcia w przypadku pewnej innej federacji nie są żadnym… Ewenementem (ba dum ts).
Kapitalnie wypadły wywiady z zawodnikami po walkach przeprowadzane przez Narysa. Każdy z wrestlerów miał coś do powiedzenia, a jednocześnie z perspektywy widza można było dzięki tym rozmowom złapać oddech pomiędzy kolejnymi walkami. Tego odstępu wyraźnie brakowało na grudniowym show, kiedy jedno wejście ucinano prędko kolejnym wejściem i brakowało zarówno gospodarza wieczoru, jak i wspomnianych wywiadów.
W transmisji mogło się jednak obyć bez migawki w stylu „The Best Of” z gali na samym początku transmisji. Kto nie wiedział np. o powrocie Longmana, ten na dzień dobry dostał spoiler na tacy. I mimo poprawionej formuły wejść zawodników oraz tego, że jak mniemam LoW nie chce kopiować 1:1 stylu innych federacji, brakuje trochę słyszeć ile waży i skąd pochodzi wchodzący do ringu wrestler. Bez tego obecne gwiazdy prezentują się trochę anonimowo i nie dostają należytego przedstawienia w pełnym świetle.
Niemniej jednak, widać poprawę w formule LoW i należy docenić, że zgromadzony feedback wokół grudniowego wydarzenia został wzięty pod uwagę. Najpewniej także właśnie z powodu wsłuchania się w głosy fanów potwierdzona jest już trzecia edycja show (!). Nie będzie więc tym razem oczekiwania w niepewności, a być może wcześniejsze ogłoszenie takiej dobrej nowiny pójdzie w parze z zaplanowaniem „trójki” z większym wyprzedzeniem – tak, aby zabezpieczyć lepszy termin. W sezonie wakacyjno-urlopowym będzie to miało jeszcze większe znaczenie.
Wrestlingowe multiverse
I na tym zdaniu miałem zakończyć przydługawy jak zwykle wstęp, ale przypomniała mi się jeszcze jedna niezwykle ciekawa kwestia z Q&A ShowOffa, a mianowicie aspekt ciągłości i spójności scenariuszowej pomiędzy Legacy of Wrestling, a pozostałymi współpracującymi federacjami. Przekaz płynący ze streama zrealizowanego przed galą jest tutaj jasny: kto chce coś przenieść, ten niech przenosi, ale generalnie traktujemy wydarzenia z Legacy jako alternatywne uniwersum. I planowałem tutaj grzmieć jak ksiądz z mównicy, że to absolutnie zły kierunek, ale… nie muszę. Stanowisko sprzed gali to jedno, a rzeczywistość to drugie.
Każda postać występująca na galach Legacy of Wrestling występuje pod dokładnie tym samym gimmickiem z różnicami niewykraczającymi poza inne theme (przykładowo Dawid Oliwa) lub przejście na drugą stronę mocy (np. Gabriel Queen to face w PpW i heel w LoW). A teraz pokrótce wymieńmy ciągłości scenariuszowe pomiędzy różnymi federacjami:
- Biesiad został aresztowany na PpW: Teraz Albo Nigdy -> na Legacy vol. 2 pojawia się w kajdanach eskortowany przez tę samą ochronę
- Taras znienacka atakuje Disco Pablo na pierwszym Legacy -> Taras atakuje Disco Pablo po raz drugi na MZW Forever -> Disco Pablo konfrontuje się z tarasem na Legacy vol. 2
- Wiktor Longman spina się z Gustavem Gryffinem w szatni po Ustawka Matchu na PpW: Co Za Noooooc -> planowany, niedoszły main event debiutanckiego Legacy to walka Gustav Gryffin vs Wiktor Longman
I amen, bo dokładnie tak powinno to funkcjonować. Kompletnie nie trafia do mnie separacja kanonów w kraju, gdzie teoretycznie wystarczy przejechać dwie godziny pociągiem z Wrocławia do Katowic, aby zobaczyć dokładnie tego samego człowieka w innej wersji biorącej udział w „alternatywnym uniwersum”. Zazwyczaj gdy siadam do pisania swoich przemyśleń z gal sprawdzam też reakcje innych osób na ten temat w internecie i tutaj również nie musiałem szukać daleko – wystarczy prześledzić czat na streamie Istoty Wrestlingu z wrażeniami po gali, gdzie także nie brakuje opinii o tym, że próby oddzielania storyline’ów na tak małym podwórku źle się ogląda, bo całość staje się zbyt chaotyczna dla osób śledzących ogół polskiej sceny wrestlingowej.

Kiedy Vic Golden odwraca się od face’owej wersji Gabriela Queena w połowie marca na warszawskim show Ewenementu, ciężko żeby trzy tygodnie później część tej samej warszawskiej widowni wsiadła w pociąg do Katowic i magicznie przestawiła się na buczenie na Gabriela Queena tylko dlatego, że arogancko wejdzie on do ringu, bo musi sztucznie i niepotrzebnie utrzymywać konwenans w równowadze face vs heel w walce z Axelem Foxem. Tymczasem widownia przyzwyczajona do face’owego Gabriela z PpW ignoruje jego heelową wersję i mu kibicuje, a nawet krzyczy „ki-bi-cować nie wiem komu”, co dostatecznie pokazuje jak mało sensu ma próba separowania postaci na dystansie zaledwie 300 kilometrów. Wbrew pozorom, sporadyczne starcia face vs face nikomu nie przeszkadzają i mają sens zwłaszcza w takich sytuacjach.
Oczywiście wiadomym jest, że współpraca na głębszym poziomie, czyli takim który zważa na wydarzenia pomiędzy federacjami i bierze je pod uwagę w scenariuszach Legacy of Wrestling to bardziej wymagający scenariusz niż wypożyczanie postaci, aby zrobić z nią coś innego, ale… to się już dzieje i nikomu chyba nie przeszkadza? PpW zadało sobie trud z pociągnięciem wątku aresztowania Biesiada poza Warszawą, Disco Pablo i Taras rozciągnęli swój konflikt pomiędzy Wrocławiem a Katowicami i tak dalej. Z perspektywy fana wrestlingu dużo ciekawiej obserwować jak pewne wątki przeciekają np. z Warszawy do Katowic, niż jak ktoś np. przechodzi gdzieś face turn, a 3 godziny drogi stamtąd udajemy że go nie było. Na bazie paru wątków które wymieniłem, mamy już przykłady fajnej spójności pomiędzy ringami różnych organizacji. I oby tak dalej.
KARTA
Road to the title match
Gustav Gryffin d. Kubes
Podobnie jak w przypadku konfrontacji Kubesa z Misterem Z na MZW Forever, wkradło się tu trochę za dużo sekwencji z dźwigniami na start (uśpiony pacing) i równie podobnie pojawiło się kilka fajnych akcji nieco później (a wśród nich superplex!). Wynik raczej do przewidzenia, ale można go było mimo wszystko lepiej sprzedać – Kubes odklepał nieco za szybko, bez build-upu podnoszącego czujność publiczności ciekawej tego, czy ostatecznie wrestler się podda czy też nie.
Na dodatkowy plus oczywiście Gustav Gryffin na mikrofonie, jak zawsze zadziornie i z charakterem. Dobre promo zawsze w cenie.
Road to the title match
Dziedzic d. Sinister
Na tym etapie historia wokół Dziedzica i Sinistera jest już niebezpiecznie blisko Mody na Sukces. Jak wiemy, ich ścieżki zeszły się jeszcze w PTW (a przewinął się na nich też Krampus). Po drodze były przymierza i rozstania. Dziedzic zaczynał jako Syriusz Dziedzic, potem przewijał się jako po prostu Dziedzic, a teraz w sumie nie wiem na jakim jesteśmy etapie. Sinister na poprzednim Legacy pociągnął Dziedzica za nogę, aby przeszkodzić mu w walce, a teraz ogłasza, że chce go sobie podporządkować i niby mu się podkłada w walce, aby Dziedzic zawdzięczał mu awans w zmaganiach o tytuł… ale chwilę później próbuje go jednak zaatakować swoją laską, z którą często wchodzi na ring.
Tu potrzebny jest już trochę squash match pomiędzy tą dwójką, odłożenie tego tematu na dłuższy czas i być może odkurzenie go w bliżej nieokreślonej przyszłości. Sinister w tym czasie mógłby sobie znaleźć np. nowego pupila, a Dziedzic radzi sobie bez swojego dawnego patrona doskonale (kapitalny występ na MZW Forever całkiem niedawno). Zobaczymy, co przyniesie vol. 3 w zakresie tego wątku.
Dawid Oliwa d. Marcelito
Po MZW Forever byłem święcie przekonany, że najlepszym tancerzem wśród polskich wrestlerów jest Disco Pablo. Po roztańczonym wejściu Marcelito natomiast… ten tytuł nadal powędrowałby do Disco Pablo. Ogólnie ciekawa atmosfera otacza nowy theme i bardziej rozgadaną odsłonę Marcelito w ostatnim czasie, bo widywałem komentarze faworyzujące poprzedni theme i poważniejszy gimmick idący z nim w parze – bez nadmiaru bojowych okrzyków w ringu i tym podobnych.
W tej sytuacji można by to fajnie skapitalizować i dalej „męczyć” widownię swoimi żartami i tańcami, aż tłum wyraźnie zacznie na to buczeć. Prosty i fajny patent na heat – a od dłuższego czasu mam wrażenie, że Marcelito odnalazłby się w takiej heelowej odsłonie jak ryba w wodzie.
O Dawidzie Oliwie natomiast nie mam za dużo do napisania – kawał solidnego performera, właściwie na tendencji zwyżkowej, bo co występ coraz bardziej doceniam i widzę jego ringowe doświadczenie. Świetnie zaprezentował się kapitalnie zrealizowany spinebuster w wykonaniu zawodnika KPW i doprowadził zresztą do jego zwycięstwa. Nie wiem tylko czy Nightcall Kavinsky’ego to nie zbyt wszechobecny kawałek na nowe theme, ale to już detal.
Greg vs Vic Golden
Greg, Robert Star d. Vic Golden, Chemik
Genialna niespodzianka w formie niezapowiedzianej obecności Chemika przerywającego wejście Gregowi oraz Roberta Stara przybywającego papieżowi polskiego wrestlingu z odsieczą obróciła się prędko w przekształcenie konfrontacji Vica Goldena z Gregiem do walki w formule tag teamowej. Otrzymaliśmy szalenie ciekawe zestawienie, a wraz z nim kilka świetnie zrealizowanych akcji – chociażby podwójny suplex i body slam od Roberta Stara (trwający właśnie powrót Roberta do polskich ringów również oczywiście cieszy).
Publika głośno żyła tą rywalizacją, a wrestlerzy dali z siebie co mogli, dzięki czemu każdy z zawodników miał swoją ekspozycję i okazję do zabłyśnięcia. Naprawdę fajnie się to oglądało – dobrze, że mamy teraz w Polsce miejsce na tak nietypowe konfrontacje. Brawa zresztą dla KPW za jeszcze większy udział w kwietniowym show w porównaniu z grudniowym debiutem Legacy – oprócz Chemika i Filipa Fuxa, pojawili się teraz także Michał Fux, Dawid Oliwa i Greg. Zachęcam do sprawdzenia ich sztandarowego cyklu KPW Arena w Gdyni, naprawdę warto.
Fatal five-way match
Erik Slotir /w Arek Paterek d. Sambor /w Rusałka, Biesiad Strong, Shadow, Aron Wake
Kiedy zobaczyłem ogłoszenie tej walki, nawet przez chwilę zawahałem się nad swoją rezygnacją z wizyty w Katowicach. Oprócz znakomitego pomysłu na umieszczenie Biesiada z Shadowem w jednym ringu (high-flyerskie kompetencje tego duetu idealnie do siebie pasują), otrzymujemy tutaj Sambora i Arona Wake’a, a ponadto niespodziankę jaką okazał się Erik Slotir (i co ciekawe, trochę heelowo managujący mu Arek Paterek). I z grubej rury muszę napisać, że gdyby przyznać nagrodę za najbardziej ekscytujące ogłoszenie przed galą oraz największy zawód, obie statuetki powędrowałyby właśnie tutaj.

Coś się tutaj nie kleiło. Tak jak poprzedni tag-team match świetnie wydobywał z każdego zawodnika równomierną prezencję, tak tutaj nie czułem aby swoje pięć minut miał np. Sambor – a wielka szkoda. Pod kątem samej akcji wśród całej piątki również było nierówno – a to raz w ringu przewinął się spudłowany drop kick, a raz kapitalnie wymierzony swanton bomb. Highlight stanowi tutaj neckbreaker Shadowa.
Tempo jakoś tutaj nie chodziło i czuło się ten typowy problem walk 3+ osobowych, gdy uwagę widzów okupują dwie osoby, a reszta często wegetuje gdzieś pod ringiem zamiast dodatkowo podnosić ciśnienie publiczności. Nieparzyste zestawienia są tu zawsze szczególnie poszkodowane, bo zwyczajnie komuś zawsze brakuje rywala do pary. Należą się tutaj jakieś poprawiny – Shadow vs Biesiad Strong to dream match na przynajmniej 20 pełnych akcji minut gdzieś w przyszłości. Booking naturalnie oznaczał wygraną niespodziewanego w Katowicach Erika Slotira – tę niespodziankę także można zaliczyć do licznych plusów show.
Axel Fox d. Gabriel Queen
Showstealer. Jak to już bywało w naszych polskich ringach, czasem niepotrzebna jest żadna stypulacja ani rekwizyty i do wybitnej walki wystarczy dwójka osób z ringową chemią, która umie podtrzymać uwagę tłumu. Tak było dokładnie tym razem – zarówno Axel Fox, jak i Gabriel Queen wypadli świetnie. Na plus trzeba też dodać przeciągnięte wejście Axela Foksa – długie wejścia we wrestlingu naprawdę robią robotę przy kapitalnych gimmickach polskich wrestlerów, a krótki runtime LoW trochę z tym koliduje, co być może uda się jeszcze w przyszłości poprawić.
Fantastycznie udał się spot z Gabrielem Queenem rozganiającym widownię z krzeseł aby zebrać heat, co wykorzystał Axel Fox rzucając swojego rywala na puste krzesełka. Od tamtego momentu było jeszcze lepiej, a walka toczyła się także na barze i nawet kiedy wróciła już z powrotem do ringu, żadne emocje nie opadły, bo obydwoje zawodnicy wciąż mieli dużo pomysłów na utrzymanie wysokiego poziomu całej konfrontacji. Zobaczyliśmy chociażby super zrealizowane code red i kończące starcie cross body z trzeciej liny od Axela Foksa, który notabene garściami czerpał z energii tłumu i naprawdę wczuł się w rolę showmana od samego wejścia. Brawa dla obu zawodników, to był najlepszy punkt tego wieczoru moim skromnym zdaniem.
SEGMENT: Taras konfrontuje się z Disco Pablo
Ten segment wyszedł całkiem zabawnie. Taras budził irytację wśród publiki, która ewidentnie wchodziła mu na głowę (zaadaptowane po polsku chanty „co?” – 10/10), a ten z kolei frustrował się, gdy nie mógł dojść do słowa. Fajnie się ogląda takie rzeczy – o to chodzi w interakcji heela z widownią. Disco Pablo nie do końca sprzedał swoją kontuzję (ręka w temblaku) i wydawał się całkiem w formie atakując żwawo dawnego tag team partnera – można tu było wyjść z czymś bardziej szalonym – np. wejściem o kulach, aby zmylić Tarasa i zaatakować go tymi kulami w ringu… ale to już moja szalona wyobraźnia. Tak czy owak, czekam na Disco Pablo vs Taras na Legacy of Wrestling vol. 3 i w sumie na reunion Paki (gdzie jest Boro?), bo Legia Łysych potrzebuje rywala, zwłaszcza teraz gdy rozpadł się Pure Gold.
KPW Tag Team Championship Match
Filip Fux, Michał Fux (c) d. Marco Hammers, Olgierd
To jeden z tych main eventów, który wypada solidnie, ale nie aż tak kapitalnie jak któraś z poprzedzających go potyczek. Zestawienie bardzo fajne, wyróżnić trzeba komiczny spot z przerzucaniem pasa z rąk do rąk jak gorącym kartoflem, aby uniknąć dyskwalifikacji – kreatywne i świeże! W akcji nie zabrakło niczego (nawet zniewagi szalika Legii) i zdecydowanie przewijały się widowiskowe akcje (flying clothesline).
Każdy pokazał się dobrze, co naturalnie nie dziwi bo mówimy o czołówce na polskiej scenie. Wynik zrozumiały, chociaż bardzo bezpieczny i mimowolnie podcinający skrzydła ładunkowi emocjonalnemu tego starcia – może kiedyś wreszcie doczekamy się zmian mistrzów KPW czy PpW na galach LoW (lub odwrotnie!), kto wie. Na opisywanym we wstępie All In z 2018 roku pas NWA zmienił właściciela na wydarzeniu zorganizowanym przez inny podmiot i jest to zjawisko, do którego warto aby LoW aspirowało (chyba zresztą aspiruje – tak zasłyszałem kiedyś na poprzednim Q&A ShowOffa, jeśli mnie pamięć nie myli).
A i oczywiście, jak tylko zobaczyłem Legię na mikrofonie po walce, wiedziałem że ze wszystkich wywiadów przeprowadzonych przez Narysa ten wypadnie właśnie najlepiej – chyba po prostu ciężko przebić talent Marco Hammersa i Olgierda do wrestlingowej paplaniny.
Podsumowanie
Trochę trudno mi podsumować całe Legacy of Wrestling vol. 2, ale oceniam je ciut wyżej niż jedynkę. Formuła zrobiła krok na przód. Wiktor Longman czuwający nad porządkiem, Narys z wywiadami za kulisami, Arek Paterek wykraczający poza rolę komentatora to wszystko dobre pomysły. Jakość produkcyjna znów generalnie stała na wysokim poziomie i dotyczyło to także jakości audiowizualnej transmisji.
Z drugiej strony kolejny event Legacy to nadal niedziela na południu Polski, czyli połączenie czasu i miejsca zdecydowanie nie po drodze dla sporej części zainteresowanych uczestnictwem na żywo fanów. Karta zaprezentowała się oszałamiająco i choć nie każda konfrontacja w pełni dowiozła (5-way match), wciąż przewinęło się parę naprawdę udanych walk (Queen vs Fox, Greg & Robert Star vs Chemik & Vic Golden).
Najpewniej zapowiedziana już trójka będzie dalszym doszlifowywaniem tożsamości Legacy of Wrestling – czeka nas dalszy ciąg zmagań o pas, rozwiązanie konfliktu Disco Pablo z Tarasem i najpewniej kolejne egzotyczne kombinacje wrestlerów z różnych federacji stawiających sobie nawzajem czoła. Czekajmy na więcej szczegółów, na pewno będą interesujące. Będzie kolejny sold out?
